– Dlaczego uciekasz? – zapytałam go dziś. Było mi przykro, bo za każdym razem, kiedy mnie widział, przebiegał na drugą stronę ulicy, trawnika, chodnika, osiedla, kto wie, jak daleko potrafił uciec? Nic w tym miłego. Żeby jeszcze udawał. Nic z tego, brak delikatności w przekazie gestów. Intencje czytelne. Otwarta niechęć w ruchach. Ja także się bałam. Starałam się obejść, przykryć twarz nieobecnością. Robiłam uniki. Skoro on nie chciał tego zrozumieć, po co się spotykać? Tymczasem on wchodził w oczy w potrzebie widoczności. Dręczył mnie, tego byłam pewna. Patrzył, ale się nie zbliżał a potem znikał i zostawiał mnie samą bez możliwości odwrotu.
Dzisiaj wszystko odbyło się podobnie. Ja szłam, on się pojawił. Dostrzegł, przeciął drogę.
– Zostań – poprosiłam.
Zatrzymał się, odwrócił. Otarł łapą ucho i zlizał czarny kłaczek:
– Nie mogę. – powiedział – Przynosisz mi pecha.

Ilustracja: Henri de Toulouse-Lautrec.