A zatem wyszłam. Że wyjdę, wcale nie było takie oczywiste, bo wczoraj nie wychodziłam, jeśli dzisiaj jest wtorek. Bo jeśli jest środa, to nie wychodziłam także przedwczoraj. A jednak wyszłam rozpoznać nową okolicę. Poczta. Jest pusta i czysta. A już nie. Upadło mi na podłogę pióro, więc dookoła rozsiewają się czarne kropki.
– Przepraszam, ja bym wy… – proponuję sprzątanie, ale przy okazji zrzucam długopis. Przy urzędniku za pleksi siedzi uczennica, bardzo ładna dziewczyna o czarno pomalowanych paznokciach. Gdy po raz kolejny wypada mi kwit a potem kartka z danymi, a potem znowu potrącam długopis, więc schylam się po raz enty i podnoszę się czerwona ze wstydu, widzę jak dziewczyna czarnopalczastą dłonią zakrywa zagryzione w uśmiechu usta.
– To wszystko – mówi mężczyzna.
Odkładam do torby portfel, ale nie mogę trafić do etui piórem. Wciąż zgrabiałymi z zimna dłońmi – nie pomogły ćwiczenia na zrzucanie i podnoszenie z podłogi – mam problem z otwarciem drzwi.
Podsumowuję wyjście z nowego mieszkania w nieznany teren. Poniosłam wizerunkową porażkę, ale nadałam paczkę, może więc jestem nieporadna, ale za to skuteczna.
Bardzo zimno mi w dłonie, zapomniałam o rękawiczkach, więc z ożywieniem reaguję na napis „alkohole”. Przydałoby mi się piwo grzane. Czekam przed sklepem aż wyjdą ze środka dwaj mężczyźni. Jeden jest duży i gruby a drugi mały i umięśniony. Ten mały podskakuje i coś opowiada ożywiony.
– Dzień dobry – mówię nieśmiało, po pierwsze dlatego, że na półkach stoją naprawdę mocne alkohole a po drugie dlatego, że za ladą czeka na moje zamówienie starsza pani w wełnianym, beżowym golfie, brązowej spódnicy i krótkich włosach pod kolor. Poprawia palcem grube okulary na złotym łańcuszku i dłonie składa jak do modlitwy.
– Czy dostanę piwo? – odzywam się wreszcie ponieważ cisza między nami przedłuża się.
– Naprawdę – kobieta rozplata dłonie i rozkłada je jak do kazania – zadziwiają mnie klienci swoimi pytaniami.
– Przepraszam, jestem tutaj nowa – odpowiadam kompletnie bez sensu. Myślę o sobie z politowaniem i uznaję, że mniej niezręcznie czułam się zrzucając na poczcie pióro, po czym dodaję niczego nie naprawiając – Dopiero co się przeprowadziłam.
– Weszła pani do sklepu monopolowego, to czego się pani spodziewała? Opłatka?
– O! – Zakrzykuję nienaturalnie podnosząc głos i nie spodziewając się nawet, co za chwilę powiem. – Są tacy, dla których alkohol jest jak opłatek.
Wzdycham. Trudno w to uwierzyć, ale z ulgą. Niżej już się nie da upaść.
– Proszę pani – kobieta przynosi mi zamówioną butelkę piwa, ponownie zaplata dłonie i patrzy na mnie znad okularów jakoś tak wymownie. – Niewielką ilość to nawet lekarze przepisują. Wystarczy wiedzieć jak, wszystko trzeba z umiarem.
– Otóż to, otóż to! – wykrzykuję i zamiast otworzyć drzwi, uderzam w nie całą sobą i dodatkowo torbą z butelką. Rozlega się huk, którego nie staram się nawet komentować. Napieram na drzwi i uciekam do domu nie czyniąc sobie żadnych podsumowań. Na wszelki wypadek nie sprawdzam, czy butelka pękła. Jutro mogę nie wychodzić, myślę bez żalu. I pojutrze też nie.

Ilustracja: Stanisław Wyspiański, Widok z okna pracowni na Kopiec Kościuszki, Muzeum Narodowe w Krakowie.