Stała już w drzwiach, z kluczem w zamku i chłodem klatki schodowej wpadającym do mieszkania. Spodnie od garnituru opierały się na obcasach i wydłużały jej nogi. Nie wyjmując klucza, lewą ręką poprawiła jasne włosy, przejechała dłonią po piersiach i brzuchu, żeby sprawdzić, czy bluzka gładko leży. Leżała, ona więc mogła wyjść. Uniosła prawą nogę, żeby przestąpić próg, jednak on był szybszy. Śliską macką owinął się wokół obcasa i wślizgnął pod nogawkę.
– Zostaw!
Nie cofnął odnóża. Złapał szybko drugą nogę. Nie ciągnął. Nie nalegał. Kobieta nie walczyła. Położyła dłoń na szyi i po chwili zamykała już drzwi i tyłem przesuwała się w stronę pokoju rękami szurając po ścianach, żeby zachować równowagę. Macki wciąż nie puszczały jej kostek. Pokój był ciemny. Pomiędzy zasłonami wąska szczelina przepuszczała światło, które padałoby na podłogę, gdyby podłoga była. Podłogi jednak nie było. Zamiast niej ziała szeroka dziura z której wysuwały się brunatne, bezkształtne i pozbawione palców ramiona. Kobieta ukucnęła na brzegu dziury i wyjęła z czarnej torebki białą chustkę, pęsetkę i lusterko. Chustkę położyła sobie na kolanach. Zdjęła perukę. Przez chwilę patrzyła sobie w oczy. Nie była w stanie unieść lusterka wyżej. To nigdy nie było przyjemne. Wreszcie wzięła głęboki wdech, jakby chciała zanurzyć się pod wodę. W lusterku pojawiła się jej głowa, króciutkie, nierówno porastające ją włosy i bordowe strupy. Podniosła pęsetkę i zaczęła wyrywać a potem strzepywać włosy do wyrwy w podłodze. Ze środka wydobył się pomruk. Kobieta kiwnęła głową, na znak, że zrozumiała. Zacisnęła oczy, zdarła jeden ze strupów i rzuciła go do wnętrza przed sobą. Łzy i krople krwi wytarła chustką. Zamknęła torebkę, wytrzepała perukę i wyszła.