Wnętrze piekarni jest ciasne. Gdy jest kolejka, wszyscy stoją blisko. Dziś tak stoimy. Duża kobieta na wysokich obcasach. Tuż za nią mężczyzna niższy od niej o te obcasy. Kobieta patrzy na rękę, liczy resztę, ale potem zwraca się do mężczyzny.
– Zamiast pieniędzy mogłabym wziąć pana.
Ich spojrzenia się łączą. Ja stoję blisko. I nagle, w środku ciepłej piekarni, przypominam sobie o wronach. Kilka tygodni temu rozwłóczyły mięso po jednej z ulic Mokotowa. Pewnie zwierzę zabił samochód. Mogły zabić je też same wrony. Potrafią, pomyślałam obserwując z jakim poczuciem siły i władzy rzucają się na mięso. Ta władza przypomniała mi scenę sprzed kilku dni. Trzej kontrolerzy w czarnych kurtkach otoczyli młodego mężczyznę. Ten po polsku mówił słabo. Nie rozumiał, dlaczego został zatrzymany i dlaczego musiał zapłacić sto osiemdziesiąt złotych kary. Panowie tłumaczyli, nie wypuszczając jego rękawa, że bilet mężczyzna skasował o dwie minuty za późno.
– Ale przecież skasował – wtrąciłam się. – O co więc chodzi?
– To nie pani sprawa. Niech pani stąd idzie. – U szyi kontrolera wisiał identyfikator.
– Chciałabym zobaczyć jego numer.
– A ja go pani wcale nie pokażę.
Zostawiłam mężczyznę wśród kontrolerów, którzy obsiedli go na przystanku, jak sępy. Odeszłam. Nie miałam wiele do zrobienia. Prawa natury pokryły się z prawem. Wracałam do domu blisko parku. Szłam i było mi wstyd, że tego niepolskiego chłopaka zostawiłam samego. Zobaczyłam wtedy starszą kobietę. Siwą babcię, która wstała z ławki. Biegła do niej dziewczynka, wnuczka. Musiała przyprowadzić ją mama lub opiekunka. Dziewczynka biegła do babci z rękami wyciągniętymi w jej stronę. Babcia niecierpliwie wystawiała ramiona. Ale dziewczynka nie dobiegła. Ukucnęła kilkanaście metrów przed nią. Wcale nie do babci, tylko do kasztana spieszyła się. Przez dłuższą chwilę babcia nie potrafiła rąk opuścić.
Tymczasem w piekarni kobieta na obcasach i mężczyzna wciąż jeszcze na siebie patrzą. Ona jakby urosła a facet zrobił się jakiś taki niewielki. Pochyla głowę. Usta mu drgają nie w uśmiechu i z zakupionym chlebem przeciska się już do wyjścia. Nie chce patrzeć na ludzi. Dopiero, gdy mija kobietę na końcu kolejki, taką najmniejszą ze wszystkich, zwalnia, przybliża się do niej. Jest wyższy od niej o głowę. Idzie patrząc tylko na nią. Szuka jej spojrzenia. Szuka ratunku, pomocy, potwierdzenia, że wciąż jeszcze ma nad kimś władzę. Ale kobieta na niego nie patrzy. Bo ona też ją lubi. Jak wszyscy.