Włosy oplotły mi twarz i szyję. Dzień był wietrzny. Czapka porwana przez wiatr toczyła się po piasku. Biegłam za nią przez trawnik i grządki. Przez ciasne kosmyki widziałam niewiele. Że na ławce schowanej w krzakach siedzą trzy staruszki i splatają na drutach wszechświat, dostrzegłam, w ostatniej chwili. Nawet nie tyle dostrzegłam, co poczułam. I nie w ostatniej, lecz gdy było już za późno. Wiatr zakrył mi oczy i pchnął. Nawet jeśli plecy mam dziś całe w igłach, razem z nimi utkwił mi w ciele kawałek babcinej włóczki. Właśnie tak narodził się pół człowiek pół jeż cerowany kosmiczną nitką.