Dzień jest słowem zwartym i sklejonym. Ma początek o poranku, zakończenie o zmierzchu i wielogodzinne wnętrze pełne różności. Pełne lub puste. Jest lub nie jest. Dziś jest wszystko. Wszystko rozpadło się na części najdrobniejsze. Wymieszało się i zagubiło. Najpierw rozpadł się poranek a po poranku mieszkanie podzieliło się na drewniane klepki minut. Przeskakiwałam z jednej do drugiej i w każdej klepce pozostałam i z każdej wyszłam podzielona. W pozostałych pozostałam, więc o dwunastej jest ręka a o trzynastej oko. Stopa pojechała metrem pomiędzy pasażerami z dziesiątej i szafą z ubraniami stojącą zwykle przy wejściu do mieszkania. Na stacji wysiadły spodnie, ale szalik się położył. Próbowałam zebrać w warkocz włosy wyrosłe o świcie, lecz dziewczynka przy której zgubiłam uśmiech uwięziła go w szybie wagonu. Jadę więc i nie patrzę na siebie, lecz na nią, aż dziś oddzieli się od jutra.