Zaczęło się od zgrzytu. Nic nadzwyczajnego. Zwykle zaczyna się od zgrzytu. Ten zabrzmiał tuż za mną. Tuż tuż. Źródło zgrzytu deptało mi po piętach. Chociaż nie po piętach. Było wyżej. Jeszcze wyżej. Odrobinkę jeszcze. O, tu. Właśnie tu. Na granicy pośladków i kręgosłupa chrupnęło raz jeszcze, jakby chciało potwierdzić od razu, że lokalizacja jest prawidłowa. Drugi zgrzyt odczułam inaczej. Nie na zewnątrz a we mnie. Zgrzyt i wibracja. Nieprzyjemna. Wędrująca układem nerwowym w górę. Zatrzymałam się na chodniku. Następny chrup rozchwiał mną. Stopy oddaliły się od siebie i straciły pewność. Ja ją straciłam. O ile wcześniejsze zgrzyty były nieregularne i powolne, kolejne stały się stałą postępującą. Coś jak w suwaku błyskawicznym, który zacina się na samym początku i trzeba nim szarpnąć zanim mechanizm ruszy gładko. Szarpnęło. Padłam na kolana. Ruszył gładko. Tik. Tik. Tik. Spojrzałam na jedno kolano a potem na drugie. Z każdym zgrzytem oddalały się od siebie. Przestrzeń rosła. Wysłałam dłoń na przeszpiegi, żeby poczuć narastającą szparę pomiędzy mną a mną. Dłoń nie napotkała oporu. Jednej mnie już nie było. Zgrzyt nie ustawał. Rozpinałam się krąg za kręgiem. Należało wstać natychmiast. Uniosłam nas obie w górę. Zawiało. Nie wiatr. Brak stabilizacji wyginał nas na wszystkie strony i zaburzał symetrię. Łączyły nas tylko usta. Były nieme. W ich milczeniu nie było nic romantycznego.