– Dzień dobry – mówię wchodząc do dawnego mokotowskiego warzywniaka, dziś handlującego wyłącznie alkoholami. – Czy jest Ballantine’s?
– Jest – odpowiada przemiła pani właścicielka – jest zero siódemka.
– Czy zero siódemka jest największa? – upewniam się.
– Nie, są jeszcze litrowe butelki. Tylko u nas akurat ich nie ma
– W takim razie – tłumaczę przepraszająco – ja jeszcze poszukam w innym sklepie tej większej. Bo wie pani…
– robię krok do przodu, żeby się przybliżyć, lecz zaraz sobie przypominam, że nie wolno – Wie pani, na trzeźwo się nie da.
– Żeby pani wiedziała! – wykrzykuje pani właścicielka ze zrozumieniem – Wie pani, ilu klientów, takich, których znam od lat, takich, którzy nigdy alkoholu do ust nie brali, przychodzi i kupuje, żeby zacząć pić teraz? Ludzie nie dają rady.
I dlatego właśnie postanowiłam codziennie upijać się wesołymi piosenkami, zalewać się kilkuminutowymi haustami wyparcia, pomiędzy strachem, pracą, smutkiem i złymi wiadomościami będę pompować w siebie hektolitry muzyki, sponiewieram się basami, zbetonię rytmami aż zerwie się film.