Jak zaczarowany szedł za kobiecym śpiewem, wyobrażając sobie wszystkie przyjemne chwile, które czekają go, gdy tylko dotrze do śpiewającej piękności. Jej nogi długie i gładkie, jej szyję łabędzią, pochylającą głowę skromnie, oczy pokorne i posłuszne, skórę delikatną. Myślał o zakrytych jej partiach, które śpiew obiecywał przed nim odsłonić. Jeszcze tylko kilka kroków i zaspokoi pragnienie. Stanął przed nią, kobieta zamilkła i wyciągnęła w jego stronę śnieżnobiałe dłonie. Nie podnosiła oczu, lecz on nie bał się patrzeć. Stała przed nim skromność, czystość i delikatność. Szyja, szczelny szlafrok, wysuwające się spod niego kostki. Chciał coś powiedzieć, lecz ona rozchyliła usta pierwsza…
Zamarł. Powstrzymał odruch. Cóż to za zapach wydobywa się z jej pięknego ciała. Te gnijące resztki to nie może być ona! Odwrócił się do drzwi. Gdyby tylko miał chwilę na zastanowienie, gdyby tylko jej ręce nie wpijały się w jego ramiona tak mocno. Może wtedy zdołałby pomyśleć, ale myśl przez oddech się nie przedarła. Jej łabędzia szyja zamieniała się już w owłosiony odwłok, oczy w czarne, błyskające ślepia, nogi w monstrualne odnóża, usta w ostre szczęki, które pożerały właśnie jego głowę. Tsuchigumo, japoński pająk, powrócił do swej naturalnej postaci.