Metro rusza. Godzina dziesiąta, tłoku nie ma, więc zajęte jedynie miejsca siedzące. Oczy nieruchome, pasażerowie nieprzenikalni. Buty ustawione równo, uda równoległe, dłonie leżą. Spokój na twarzach to, czy letarg? Jedna tylko kobieta nieznacznie unosi lewą nogę i jednym tylko palcem nie dotyka a muska czarny materiał spodni. Powraca zaraz do pozycji wyjściowej. Bezruch, kolana równo, stopy równoległe. Metro szumi. Letarg. Ale ja widziałam ją wcześniej. Zanim weszła do metra. Kobieta w czarnych spodniach usiadła na schodach, zdjęła buty, z torby wyciągnęła chusteczki i osuszała nimi łydki, kawałek po kawałku wycierała materiał a nawet czyściła pantofle z czarnych kropli w środku. Potknęła się jeszcze na powierzchni, przewróciła i zapadła w głęboką kałużę rozlewającą tuż koło zejścia. Teraz siedzi w metrze nieruchoma i nieprzeźroczysta. Czy zastanawia się, co przydarzyło się innym, zanim wsiedli do metra? Czy powinna?
Nie wiem, czy ona powinna, ale ja tak, bo od wczoraj nie jestem pewna, jak powinno brzmieć zdanie kończące. Czy się zastanawia? Czy powinna? Co przytrafiło się innym, zanim wsiedli, co wydarzy się jej, gdy wysiądzie? Wszystko to są złe pytania. Jedyne, moim zdaniem, które warto zadać, brzmi, czy na pewno w bezruchu, ona i inni są bezpieczni?