Ławki. Betonowe boki i drewniane siedziska. Ani ładne ani brzydkie. Estetyczne. Dwa lata temu założyłam się z Jędrkiem, młodszym synem, że na tych ławkach nikt i nigdy nie usiądzie.
– Nikt? Nie masz racji. Będą na nich siadać. Ja ci to mówię – z przekonaniem tłumaczył dziesięcioletni dziś Jędrek. Nie uwierzyłam. Trzy ławki z budżetu partycypacyjnego zwrócone w stronę jezdni. Od ulicy oddalone o trzy, cztery metry, których część stanowi zasypany psimi kupami łysawy trawnik. A nad tym wszystkim huk silników i spaliny.
– Nie, synku. Zapomnij. To jest niemożliwe.
– Możliwe, mama! Sama zobaczysz!
Żeby sprawdzić, które z nas ma rację, obiecaliśmy sobie, że przez następny rok będziemy wracać ze szkoły drogą obok ławek. Pierwsze miesiące zapowiadały się obiecująco. Padał deszcz, mokre ławki stały puste. Zima także zakończyła się sukcesem. Nawet, gdy było sucho, ławki nie miały wzięcia. Pierwszej wiosny niewiele się zmieniło. Przez następny rok także. Ale potem, powoli, ludzie, jak to ludzie, zaczęli się przyzwyczajać. Najpierw pojawiła się kobieta z ciężką siatką. Sama odpoczywała stojąc, ale torbę z zakupami położyła na drewnianym siedzisku. A potem… A potem to już poleciało. Kilka dni temu widziałam trzy kobiety na jednej ławce. Każda zatopiona we własnym telefonie odwracała się plecami od towarzyszek.
– Mówiłem ci, że tak będzie – uśmiechnął się Jędrek. Wygrał, ale ja wciąż nie mogę pojąć, dlaczego. Ławki stoją w najgorszym możliwym miejscu, które nie jest ani miłe, ani przyjemne, ani zdrowe, ani ładne. Jest zbyt głośne i przepełnione zapachem spalin a z ławek rozciąga się widok na wieczny korek. Symboliczny obraz społeczeństwa. Tam, gdzie stoją ławki, tam ludzie siadają.