Ewa Jałochowska

Historyk sztuki, pisze książki

Tag: wisła

Warsztaty w Woli Mysłowskiej

Prawdę widziałam wczoraj. Najpierw za Garwolinem leżała Nowa Prawda. Gdy przeminęła Nowa, zaczęła się Stara. Tylko, co z tego, skoro obie skończyły się bardzo szybko. Samochód nie zdążył się na dobre rozpędzić i żadnej prawdy wokół już nie było. Przez chwilę były tylko piękne lasy, pola, słońce świeciło i w gniazdach siedziały bociany, które chyba już karmiły młode. Z dołu białe głowy ptaków wyglądały jak kamery. Ale to wcale nie była prawda, bo ona była wciąż jeszcze przed nami. Droga prowadziła do Woli Mysłowskiej. Na środku wsi stała biblioteka. Z okolicznych szkół zjechali do niej uczniowie na konkurs recytatorski.
Siedziałam pod drzwiami czytelni, czekałam na spotkanie i słuchałam jak uczniowie deklamują wiersze o Wiśle. Czasem któryś wyszedł przećwiczyć tekst a potem wracał do sali na występ szepcząc, że przecież jakoś to będzie i że na pewno będzie dobrze. I było. Czasem któryś się przejęzyczył, czasem zapomniał właściwego słowa, ale każdy we wczorajszym konkursie wygrał. Naprzeciwko uczestników, na widowni, siedziały dumne z nich nauczycielki i zachwycone występem bibliotekarki.
A potem, w czasie wspólnych warsztatów, uczniowie stworzyli piękne nowe historie o Wiśle. I potrafili zrobić rzecz najtrudniejszą, wymyślić nowe opowieści nie odrzucając starych. I taka właśnie jest ta wczorajsza prawda, która dzisiaj wcale się nie kończy.

Gorąco dziękuję Gminnej Bibliotece Publicznej w Woli Mysłowskiej za zaproszenie na spotkanie z młodzieżą i Agencji Autorskiej Zetzet za opiekę agencyjną.

Cudowne są te podróże po Polsce.

Zdjęcie: Karol Jałochowski

Warsztaty w Piszu

Wczoraj w Piszu było tak. Najpierw jechałam metrem i denerwowałam się, czy zdążę na pociąg. Zdążyłam. Potem jechałam pociągiem i martwiłam się, czy zdążę na autobus. A potem jechałam autobusem i martwiłam się, czy zdążę do Piszu na czas. A potem martwiłam się, czy dobrze wypadnę w bibliotece. I martwiłam się, czy powiem to, co należy i czy powiem to jak należy. A potem dojechałam na czas i w trakcie warsztatów o symbolice wody, rzek i Wisły, uczniowie klasy szóstej, szkoły podstawowej nr 2, wymyślili tak piękne historie, że zrobiło mi się wstyd. Bo wcześniej myślałam tylko o sobie a tak naprawdę liczą się tylko dzieci. Dzieci są świetne!

Dziękuję Miejsko- Gminnej Bibliotece w Piszu za możliwość spotkania z dziećmi, dzieciom za piękne historie, i nieodmiennie Agencji Zetzet za wspaniałą opiekę agencyjną.

Zdjęcie: Karol Jałochowski

Warsztaty wiślane w Czyżewie

Skład dojeżdża. Drzwi się rozsuwają, z pociągu „Leśmian”, relacji Białystok – Warszawa, wysiada tłum. Na peronie gromadzą się już podróżni do Łodzi. Ja czekam w korytarzu wagonu na swoją kolej. Widzę schodki, robię krok… I w jednej chwili spełnia się koszmar pasażera PKP, czyli potykam się, przewracam i wpadam nogą w czarną szparę pomiędzy peronem a wagonem. Do góry nogami widzę pobladłe twarze. Jedna z kobiet wyciąga mnie za łokieć z dziury i pomaga wstać.
– Czy wszystko w porządku? – pyta – Dobrze się pani czuje?
– Tak, dziękuję. W porządku – odpowiadam i odchodzę zawstydzona śmiejąc się z siebie w duchu, że taka jestem niezdara. I nagle przypomina mi się dziewczynka, która kilka godzin wcześniej, w czasie warsztatów w Czyżewie, poświęconych symbolice wody, legendom i potworom Wisły, podniosła rękę do góry:
– A ja, proszę pani, słyszałam, że w wodzie mieszkają takie stwory, co potrafią złapać za nogi i pociągnąć w dół, że się człowiek topi.
I już wszystko wiem i rozumiem. Bo dziewczynka miała rację. Skoro istniały stwory rzeczne, które potrafiły za nogi złapać, muszą też istnieć potwory dworcowe, demony pociągowe, jakieś torzaki rdzawe, które mnie dziś za łydki w dół ściągnęły.

Bibliotece Publicznej w Czyżewie pięknie dziękuję za miłe zaproszenie i możliwość spotkania ze wspaniałymi dziećmi, a Agencji Zetzet wdzięczna jestem za troskliwą opiekę agencyjną.

Legendy Wisły

– I jak wam idzie? – pytam grupkę chłopców siedzących w lewym kącie sali gimnastycznej.
– Gorzej niż dziewczynom – mówi Piotrek – wiadomo, że dziewczyny myślą lepiej.
– Co ty mówisz?! – protestuję.
– Piotrek ma rację – Michał kiwa głową i ze smutkiem patrzy na dziewczyny siedzące po drugiej stronie sali – to kwestia wyobraźni. Dziewczyny ją mają.
Kilkanaście minut później trzymam w ręku dwie historie i dwa demony rzeczne splecione z włóczki czesankowej. Jeden jest demonem dziewczyn a drugi jest demonem chłopców. Dziewczyny stworzyły opowieść o godzeniu i łączeniu. Wspaniałą. Ale Chłopcy… Chłopcy ze szkoły w Chotomowie wymyślili historię, która tłumaczy zło.
Dzisiaj odbyły się pierwsze warsztaty z cyklu „Wspólnie stwórzmy nową legendę Wisły”. I wszystkie dzieci, zarówno dziewczynki, jak i chłopcy ze szkoły w Jabłonnie, z Powiatowego Zespołu Szkół i Placówek Specjalnych w Legionowie oraz ze szkoły w Chotomowie, były fantastyczne.
Dziękuję Gminnej Bibliotece Publicznej w Jabłonnie za zaproszenie i Agencji Autorskiej Zetzet za troskliwą opiekę.

Wisła

Most był stary. E, tam most. Mosteczek, kładka raczej. Dobrze, więc drewniana deska leżała na brzegu rzeki. Jakiej tam rzeki? Na brzegu strumyka! A zatem niedługa deska łączyła dwa brzegi strumyka, który, prawdę powiedziawszy, przeskoczyć by można. Lub nawet przejść krokiem nieszczególnie rozwartym. Kobieta rozwarła krok i przeszła na drugą stronę, jednak, gdy szła po desce bosymi stopami na niej stąpając, do wody spadały jej czerwone maliny. Niosła je w spódnicy schowane, bo przed chwilą z krzaka zrywała. Jedną zrywała, drugą zjadała, aż obskubany krzak jedynie zielony pozostał, miała więc usta czerwone i słodkie od soku. I chyba wtedy, gdy sok z ust językiem zlizywała, stwór skrzydlaty znad lasu się pojawił. Tak ludzie powiadają, że leciał. Inni, że unosił się, bo skrzydeł nie miał. Powiadają, że duch. Dusza zagubiona i robaczywa. Powiadają, że duch matki, a inni, że ciotki zazdrosnej o wdzięki, a inni, że teściowej, której pokój dziewczyna o malinowych ustach po śmierci zajęła. Dość powiedzieć, że dziewczyna, co boso po desce szła, zakołysała się nagle, ramiona w bok, powietrze na ratunek wołając, wyrzuciła, ale go nie chwyciła należycie mocno, lub powietrze nie utrzymało, bo maliny w górę z fartucha wyskoczyły i razem z dziewczyną do wody opadły. One lekkie były, na powierzchni nietknięte się zatrzymały i dalej z potokiem popłynęły, dziewczynę z głową o kamień rozłupaną samą, bez ich czerwonej słodyczy zostawiając.

© 2018 Ewa Jałochowska

Theme by Anders NorenUp ↑

Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial