Ewa Jałochowska

Historyk sztuki, pisze książki

Tag: singapur (strona 1 z 2)

Bóg miasta

Kaj rozejrzał się ciekawie. Miejsce, w którym się znalazł, z pewnością było świątynią, ale którego boga, nie miał pojęcia. Byli w niej chyba wszyscy bogowie, w których wierzono w Azji.
– Nie wszyscy – odezwał się ponury głos brodatego mężczyzny siedzącego na ławie przy stole na tarasie. – Ale spotkasz tu kilku bogów chińskich. Boginię miłosierdzia Guan Yin, boga tygrysa, boga o czterech twarzach, Buddę, chociaż Budda nie był…
– Nie był bogiem – uśmiechnął się Kaj, kątem oka widząc, jak tata wchodzi do świątyni.
– Idź, wejdź za nim do środka. Albo wiesz co? Lepiej nie wchodź! – Mężczyzna machnął nagle zrezygnowany ręką. – Za dużo ich, w tych czasach wszystkiego jest za dużo. Bogów za dużo, ludzi za dużo… Tylko ja jestem sam jeden – powiedział i zwiesił głowę nad stół, tak nisko, że czarna broda wlazła mu do talerza.
– Niech się pan nie martwi – szepnął Kaj cicho, bo zrobiło mu się żal brodacza, ale także dlatego, że pomyślał o koralikach. – Przepraszam, czy pan jest moim duchem na dziś? – zapytał wprost, bo nie wiedział, jak zapytać inaczej. – Czy do pana prowadzą mnie kolorowe koraliki? Kaj wyjął z kieszeni skarby i podsunął pod nos mężczyźnie.
– Zabierz to sprzed moich oczu! – jęknął czarnobrody. – Nie ja jestem z tobą umówiony. Nie jestem twoim duchem na dzisiaj. Nic nie wiem o koralikach, poza tym, że jest ich zdecydowanie za dużo!
– Przepraszam – zawstydził się Kaj. – Pomyliłem się.
– A wiesz, ile razy ja się dzisiaj pomyliłem?! – wykrzyknął nagle mężczyzna gwałtownie. – Kajowi łzy zakręciły się w oczach i zaczął rozglądać się, szukając taty. Jedna z łez wymknęła się niepostrzeżenie i spadła na stół, wprost na rozłożone papiery, leżące przed brodaczem. Mężczyzna zanurzył w niej rękę, roztarł łzę palcami i westchnął ciężko. – To ja cię przepraszam – powiedział, patrząc na dziewięciolatka ze smutkiem. – Przepraszam, chłopcze, mam za dużo na głowie. Liczę, liczę i doliczyć się nie mogę. Jestem Cheng Huang, bóg miasta. Byłeś w mojej świątyni wiele miesięcy temu. Pamiętam cię – fuknął ze złością. – Przecież jestem strażnikiem miasta! Muszę pamiętać każdego, wszystkich nowych ludzi przylatujących na wyspę: Euroazjatów, Hindusów, Chińczyków, Indonezyjczyków, nawet białych, którzy także się między sobą różnią. Jedni wierzą w to, a inni w tamto, ale każdy musi być policzony, policzony i zapamiętany, zarówno za życia, jak i po śmierci – powiedział, schylając się nagle i wyjmując spod stołu stos książek: Zarys dziejów religii, Ateizm, Religie stare i nowe, Dlaczego wierzymy w boga, Dlaczego nie wierzymy w boga, Bogowie dalecy i bliscy. – Widzisz! Sam sobie muszę z tym wszystkim radzić. Policzyć, wymyślić, zrozumieć… – Brodacz schował twarz w dłoniach. – Uciekłem na weekend na tę małą wyspę, żeby popracować w spokoju, ale zmiana miejsca liczb nie zmienia…
– Rozumiem cię – powiedział Kaj, siadając obok mężczyzny. – Podobnie miałem z dzieleniem w słupkach. Za dużo informacji i człowiek się gubi. Ale myślę, że umiem ci pomóc… – tu Kaj zawiesił głos. Jeszcze w skupieniu rozważał w głowie wszystkie za i przeciw, aż wreszcie powiedział uroczystym głosem: – Sądzę, że powinieneś kupić sobie komputer.

Duchy Singapuru, fragment, Wydawnictwo Innowacyjne Novae Res, 2014.
Zdjęcie Karol Jałochowski

Sen Kaja

Zasnął. Najpierw przyśniła mu się babcia, która na drutach robiła wieżowce. Była wielka, a wieżowiec sięgał jej zaledwie do kolan. Zamiast włóczki u jej stóp turlał się księżyc, z którego nić nawlekała na druty. Gdy już cały wysoki budynek był gotowy, babcia nie odcięła wcale księżycowych sznurków, tylko złapała je mocno i zaczęła biec, nie wypuszczając ich z rąk. Zaraz więc cały wieżowiec, ciągnięty na linkach, uniósł się na wietrze i łopotał teraz jak latawiec na tle chmurnego nieba.
Kaj nie widział siebie we śnie, bo obserwował go z zewnątrz, jak film. Latawiec widział jak na ekranie, ale gdy wieżowiec przechylił się na wietrze, tak odrobinę tylko, wysypały się z niego gwiazdy i jak konfetti posypały na głowę chłopca, skaczącego z radości jak dziecko, którym przecież był. Gwiazdy nie chciały zatrzymać się przy Kaju na dłużej. „Nie mamy czasu, nie mamy czasu”, szeptały. „Śpieszy nam się bardzo, bardzo nam się śpieszy”. I w jednej chwili wszystkie zamieniły się w strugę i wpadły do wnętrza wielkiego dzbana stojącego tuż przed Kajem. Dzban był pękaty, brązowy, dopiero co wypalony. Gdy Kaj spojrzał w prawo, zobaczył wielki piec przypominający warującego smoka, tak długi był i szeroki. Przez ceglane drzwi do smoczego cielska wchodzili ludzie i wyciągali z niego gliniane dzbany…
– Pewnie przypomniał mu się we śnie warsztat ceramiki i wielki, tradycyjny chiński piec, który rozpalano niedawno – szepnęła istotka siedząca w nogach śpiącego Kaja. – Widzę, jak w jego śnie gwiazdy wpadają do ostygłego dzbana…
– A ja widzę… – zaczęła druga istotka siedząca przy głowie śpiącego Kaja. – A ja widzę, jak na dnie dzbana skrada się tygrys.
– Nie wchodź do dzbana! – krzyknęła trzecia istotka. – Nie wchodź!
Ale czwarta uciszyła pozostałe, kiwając głową i wyciągając dłonie na znak, że tamte powinny zatrzymać się w swoich zapędach i zamierzeniach.
– Nie przerywajcie mu! Niech śni!

Duchy Singapuru, fragment, Wydawnictwo Innowacyjne Novae Res, 2014.
Zdjęcie Karol Jałochowski

Bogini miłosierdzia (Guan Yin)

Słońce za oknem stało wysoko, jednak w pokoju wciąż panował półmrok. „Znowu nie zadzwonił”, pomyślał chłopiec otwierając oczy. Wstał, pociągnął zasłonę i zaczął rozglądać się za skarpetkami. Pod szafą leżała jedna. Drugą wyciągnął spod biurka. To nic, że w innym kolorze. Plecak, koszula, spodnie, książki, zeszyty. Rzeczy zbierał w biegu. Wczoraj budzik także nie dzwonił i przedwczoraj podobnie. Zostało kilka minut do wyjścia. Jeśli spóźni się na autobus, nie zdąży do szkoły. Zęby. Niech to szlag! Pasta na koszuli. W dodatku nie ma czystej. Mama znowu nie zrobiła prania. To nic. Założy brudną, byle pasty nie było widać. A niech ją nawet będzie widać, byle się nie spóźnić. Pieniądze na bilet.
– Mama, dasz pieniądze? – spytał zatrzymując się przy jej łóżku.
– Śniadanie zjadłeś? – spytała zamiast odpowiedzi.
– Nie zdążę!
Kobieta obudziła się już na dobre.
– Weź chociaż drugie śniadanie.
– Zmiłuj się! Jest za późno. Zaspałem.
Po chwili mama w szlafroku stała gotowa przy kuchni. Jedną ręką ścierała plamę z koszuli syna, drugą i trzecią kroiła chleb, czwartą nabierała na nóż masło, piątą i szóstą cięła ogórki, siódmą i ósmą nalewała wodę do czajnika a dziewiątą i dziesiątą pakowała kanapki do szkoły. Jedenasta zajęła się głaskaniem głowy chłopca.
– Pewnie, że się zmiłuję – powiedziała zamykając drzwi za synem – zawsze to robię.

Koza nadchodzi

W jednym ze swych opowiadań, zamieszczonych w zbiorze „Opowieści kosmikomiczne”, Italo Calvino w piękny sposób przedstawia historię powstania pierwszego znaku, rysy na wszechświecie. Powstaje ona trochę z nudów, żeby przekonać się, jak znak się zmienia. I rzeczywiście znak nie pozostaje taki sam. Przekształca go pamięć, ale nie tylko. W tak zwanym międzyczasie, ktoś coś znakowi dorysowuje. Znaki są zakorzenione w naszych głowach, a więc i w tradycji tak głeboko, że trudno dociec, w którym momencie powstały, kto pierwszy wpadł na pomysł, żeby naskrobać coś na ścianie, czy kamieniu, oraz oczywiście, kto i co po drodze doszkicował.

Czytaj dalej

Piękna katastrofa

Księżycowy projekt, nad którym pracuję od ponad roku (więcej tu), doprowadził mnie pod rozłożyste drzewo z początku świata. Pisząc chciałam pod nie trafić, jednak nie chcialam pod nim utknąć a utknęłam. Muszę zastanowić się, w którą stronę podążyć dalej. Mam więc chwilę, aby posiedzieć i poczytać o początku świata a może gdzieś, pośród mitów odnajdę drzewo, którego szukam albo wyhoduję nowe.

Czytaj dalej

Platon w borówkach

Wbrew temu, co na gali Paszportów Polityki, o Polakach, czyli także o mnie, mówiła Agnieszka Holland, nie tylko myślałam i współczułam, jak większość, ofiarom Charlie Hebdo, ale nawet się o nie kłóciłam. Rozumiem, że okładki kpiące ze wszystkich możliwych wad wszystkich możliwych religii, nie są odbierane zawsze i przez wszystkich z uśmiechem. Mogą być kontrowersyjne, chociaż prywatnie dla mnie w żadnym razie nie są. Czy jest to mój własny brak wrażliwości, jak usłyszałam, czy specyficzne poczucie humoru, tego nie wiem. Może śmieszą mnie dlatego, że celnie wytykają wady kościołów a moja głęboka wiara, że bóg nie istnieje, sprawia, że nie mogę się rysunkami tygodnika paryskiego bardzo oburzyć. Mam też poczucie, że rozmowa nie powinna dotyczyć jedynie rysunków i reakcji fundamentalistów na żarty z Mahometa, w moim przekonaniu bardzo subtelne zresztą żarty, lecz rozmowa powinna dotyczyć sposobu, w jaki oba, tak odległe od siebie światy, zachodni i muzułmański, można połączyć.

Czytaj dalej

Zielony parasol

„Duchy Singapuru” nie są jedynie opowieścią o inności i duchach obcej kultury,  chociaż wesoła, rezolutna Yin i mądry Yang w historii Kaja zajmują bardzo ważne miejsce.  Są jeszcze inne duchy i inny temat, który  zaszyfrowany został w książce. Kaj sam o nim nie pamięta i będzie  musiał go sobie dopiero przypomnieć.
Zagadkę rozwiąże ten, kto w każdym rozdziale odnajdzie jeden ważny, znaczący dla opowieści przedmiot. Rękawiczka i koralik na pierwszy rzut oka mają ze sobą niewiele wspólnego, jednak to między innymi one pomogą odnaleźć ukrytą w opowieści tajemnicę.

 

Ważka i tajemniczy księżycowy projekt

Ważka jest owadem inspirującym. I nie tylko sztukę, chociaż moim pierwszym skojarzeniem była słynna secesyjna brosza przedstawiająca owada, wykonana przez nie mniej słynnego Rene Lalique’a. Ten niezwykły stwór fascynuje nie tylko rzemieślników, lecz także inżynierów. Konstrukcja helikoptera wzorowana jest na niestałej aerodynamice lotu owada. I w mitologi ważka zajmuje znaczące miejsce. Jest narodowym godłem Japonii, symbolem nieśmiertelności i odrodzenia, ale już w Chinach słabości. Natomiast dla Indian Ameryki Południowej oznacza iluzję lub szybkość, łączoną z wichrem.

Czytaj dalej

Taniec smoka

Piętnastego dnia po nastaniu Chińskiego Nowego Roku postanowiliśmy wspólnie z wyznawcami wszystkich chińskich religii zakończyć uroczystości noworoczne i wziąć udział w Święcie Latarni, obchodzonym w całym chińskim świecie. Na kilka niezwykłych godzin staliśmy się częścią tego świata. Chłopcy zobaczyli wreszcie swój wymarzony taniec smoka, na który czekali od chwili przylotu do Singapuru, w listopadzie 2012 roku. Ten sam taniec, który potem pojawia się w książce „Duchy Singapuru” i staje się częścią przygody Kaja w rozdziale pt. „Rękawiczka”.

Święto Latarni

25 lutego 2013 roku mieliśmy przyjemność uczestniczyć w Święcie Latarni, obchodzonym w buddyjskiej świątyni Thekchen Choling w Singapurze. Tej samej świątyni, którą Kaj, w książce „Duchy Singapuru”, widział w przyszłości.
Autor filmu: Karol Jałochowski.

Starsze wpisy

© 2018 Ewa Jałochowska

Theme by Anders NorenUp ↑

Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial