Ewa Jałochowska

Historyk sztuki, pisze książki

Tag: ogień

Forsycje

Szłam wczoraj wieczorem do domu przez park. Patrzę a tam w świetle latarni płoną krzaki. Żółte i gorejące. Podeszłam, żeby sprawdzić i wtedy od krzaków zapłonął mi sweter i włosy. Spodnie paliły się na nogach aż piekły tenisówki. I płonęły mi oczy. Pobiegłam więc do domu, stanęłam przed lustrem i nic nie zobaczyłam, tylko rozmazany obraz. Po wszystkim już zatem, pomyślałam, nie widać mnie nawet. I wtedy przyszedł mój mąż i zdjął mi okulary, wypłukał je wodą i przetarł chusteczką.
– Już – powiedział – będziesz znowu widziała krzaki forsycji.

Ogień

Niestety stało się. Otworzyłam oczy rano. Pierwsze histeryczne kroki kieruję do czerwonego czajnika i od razu pojawia się myśl, że było powiek nie rozwierać. Pod czajnikiem kawałek nadpalony cukinii, usmażony na wolnym ogniu skrawek szynki i długie nitki makaronu powykręcane fantazyjnie wokół palników. Brud i wstyd. Rzeczywistość w natarciu. Żeby ją pokonać… Nie. Nie będę przecież sprzątać. Siadam do „Mitologii ludów Syberii”. Już nie raz mnie wyratowała z opresji. Nie znaczy, że pomoże mi uporządkować życie, ale znacznie ułatwi przed nim ucieczkę. Czytam więc, że ogień był symbolem jedności rodziny, chronił przed złymi duchami, przez niego przechodziła dusza po śmierci. Mieszkała w nim Babka Ognia lub Matka Ognia. Opiekunem mógł być także starzec z siwą brodą. Robi mi się od tego syberyjskiego ognia znacznie lepiej. Kuchnia i jej brudne detale znikają. Czytam więc dalej, aby dowiedzieć się jak ogień podsycić, jak o niego dbać i wtedy dostrzegam litery, które układają się w słowa a ja te słowa czuję i rozumiem. Jakbym od zawsze należała do plemienia Ketów lub Ewenków, którzy wrzucając w płomienie kawałki jedzenia i wygłaszając zaklęcie, „Masz, jedz, bądź syta, daj zwierzynę, abyśmy i my byli syci”, karmią ogień. Zamykam książkę. Wracam do kuchenki gazowej. Odpalam palnik i podsuwam mu widelcem stary makaron. Niech się ogień naje.

Tapety

Vader obudził się pewnego ranka niezdrów. Chorował, co nie ulegało kwestii, bo maska rozgrzała się do czerwoności i czuć było swąd palonych części. Vader nie był w stanie wstać, chwiał się na nogach, gdy usiłował, zaraz leciał jednak z powrotem na poduszkę ze sztucznego tworzywa, która tliła się od rozpalonej maski. Prócz gorączki brzuch bolał go, kierując w stronę przełyku żółć i drażniąc gardło, co uruchamiało w masce automatyczne zwieracze ust, których system zaciął się i uchylał do połowy a potem zamykał, przy trudnym do zniesienia rzężeniu. Mechanizm przegrzał się i Vader nie mógł nieszczęściu przeciwdziałać. Coraz śmielszy płomyczek wędrował od barku, od awarii na styku ciała i protezy. Kilka chwil minęło i ogień objął całą postać. Pościel, drewniane zabytkowe łóżko z rzeźbionymi gałkami, baldachim, tapety wiktoriańskie, wszystko płonęło. Czerwieniło się i czerniało na wiór cieniutki, który ulatywał niesiony siłą płomieni. Te pracowały nierówno, zjadając jedne części pokoju szybciej a inne wolniej. Wkrótce wszystkie ucichły i wygasły. Vader uniósł ramię upstrzone wystającymi ze zniszczonego mechanizmu kolorowymi kablami, strzepnął z głowy popiół i przetarł maskę, zdejmując sadzę z szyb. Pokój, który ujrzał, wyglądał jak wcześniej. Łóżko z baldachimem stało nienaruszone, tapety płomieniem nietknięte, drewniana podłoga nie nosiła śladów gorących iskier. Palić się i nie spalać, westchnął ze smutkiem Vader i obudził się w czystej pościeli.

Charista

Nie zazdroszczę mu sławy. Ani że pisali o nim: Owidiusz, Herodot, Pliniusz i Tacyt… Szkoda, że na krzyżu jego imienia nie wykrzyczał sam Jezus, miałby wtedy komplet. Żartuję, przecież mu nie zazdroszczę, że jest symbolem zmartwychwstania. Ani że jego krew jest balsamem, ani, że dla Chińczyków oznacza piękno, subtelność i spokój, że jest kojarzony z harmonią wszechświata, że dla Rzymian był znakiem trwałości imperium a dla Egipcjan ptakiem boga Ra, symbolem nieśmiertelności. Ani, że występował w „Harrym Potterze” także mu nie zazdroszczę. Ani, że w słownikach o nim są trzy strony a o mnie tylko jedna linijka. Mówiłam przecież, że nie chodzi o sławę! Nie obchodzi mnie, że jest symbolem delikatności, że żywi się rosą a jego dotknięcie niczego nie niszczy… Akurat nie niszczy. Jak to nie niszczy? Właśnie, że mnie niszczy! Mój spokój niszczy! Feniks płonie, spala się i odradza z popiołów. A ja co? Chociaż się staram, płonę i płonę, to wcale spłonąć nie mogę! Jestem charista, ptak skazany na wieczny brak spełnienia. No.

© 2018 Ewa Jałochowska

Theme by Anders NorenUp ↑

Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial