Ewa Jałochowska

Historyk sztuki, pisze książki

Tag: mity

Tanuki

Działo się to pewnego deszczowego wieczora. Krople odskakiwały od parapetu i lądowały prosto w błocie, na które padało nienaturalne światło telewizora mrugającego w przyzakładowej świetlicy. Wewnątrz świetlicy nikt w telewizor nie patrzył ani lektora nie słuchał. Robotnicy po zmianie, w kapciach, dresowych spodniach i luźnych, powyciąganych swetrach, obsiedli jeden tylko stolik. Karty odłożyli na bok i z ciekawością przyglądali się naczyniu, które kolega wniósł przed chwilą do seledynowej sali i postawił z dumą przed nimi.
– Nazywa się to samowar – opowiadał.
– Skąd go masz? – pytali jedni.
– Z lasu. Poszedłem a on we mchu sobie leżał.
– I do czego on służy? – pytali drudzy.
– Jak to do czego? – odpowiadał mężczyzna – do parzenia herbaty!
– Do herbaty – dziwili się robotnicy zgromadzeni wokół – to na co czekasz, zaparz ją nam!
– A zaparzę – powiedział mężczyzna i zaczął pociągać nieśmiało za wszystkie pokrętła po kolei. Od razu stało się jasne, że nie ma pojęcia jak naczynie uruchomić. Widząc złośliwe uśmiechy żachnął się:
– Do jasnej cholery, lepiej byście… – nie zdążył dokończyć zdania, bo samowar zatrząsł się, prychnął, syknął i puścił parę, która, gdy opadła, odsłoniła oczom zgromadzonych włochate zwierzątko, ze śmiesznym ryjkiem, który musiał być wcześniej kranem do nalewania wody a nóżki zwierzęcia wyglądały jak te, na których jeszcze przed chwilą stał srebrny samowar.
– Ki czort! – zakrzyknęli mężczyźni i już mieli wyciągnąć ramiona, żeby zwierzaka ucapić i do blatu stołu przygwoździć, lecz ten był szybszy. Czmychnął ze stołu na kolana, z kolan pod stół, spod stołu, pomiędzy kapciami na parapet, z parapetu przez lufcik, z lufcika do kałuży i z powrotem do lasu, w mech.
– I co teraz? – zapytał jeden z mężczyzn patrząc w okno niepewnie.
– Jak to co? – odparł były już właściciel samowara – po herbacie.

Na ilustracji znajduje się tanuki, psotnik i kpiarz, bohater japońskich opowieści ludowych, który, jak wierzono, potrafił zamieniać się w kociołek. Autorem jest Katsushika Hokusai, połowa XIX wieku.

Sam Muk

Chciałam napisać coś innego. Wyzłościć się, wydobyć pazury i rozszarpać tę opowieść na strzępy. Ale pomyliłam się. To jest dobra opowieść, prawdziwa a z prawdą kłócić się nie należy. Kobieta, Sam Muk, pokochała mężczyznę. Nie miłość, lecz różnica klas okazała się decydująca dla ich losu. Rodzice lepiej urodzonego mężczyzny nie zgodzili się na ślub. Zrozpaczona kobieta popłynęła na samotną wyspę, wspięła się na wysoką górę i rzuciła na śmierć. Po zgonie ciała, jej duch zamieszkał w głębokiej jaskini, gdzie pilnuje złotych naczyń i pożycza je tym kobietom, które o naczynia na wesele modlitwą poproszą. Kobieca lojalność. Biedna dusza udręczona pomaga innym biednym kobietom. Ale, to, co mnie w pierwszej chwili zirytowało, to niesprawiedliwa ocena mężczyzny. Przecież jego w tej opowieści nie ma. Nie istnieje a przecież kochał. Chyba kochał. A zatem ta historia to potwarz. Mężczyźni nie są tacy, ukochany walczyłby o swoją ukochaną. Tak chciałam napisać, bo przecież znam mężczyzn. Oni są zawsze w porządku i nigdy nie zależy im jedynie na pieniądzach, nigdy nie zależy im na pozycji, zawsze wybraliby… Tak chciałam napisać, ale nie napisałam.

Jin Laut

Ten potwór jeździ tramwajem, autobusem, kryje się w zakamarkach metra. Czasem przysiądzie w taksówce, najczęściej w pustym portfelu. Nie obce są mu samoloty. Pasjami lubi turbulencje, nie przepuści żadnej. Czeka na ławce, na przystanku, w porcie, w pociągu, na statku a bywa, że chowa się za drzewem w parku. Potrafi nawet zająć miejsce w kinie i chuchać w szyję zza kołnierza, gdy wzruszenie za gardło ściśnie. Potrafi wyjść w czasie obiadu rodzinnego spod stołu, spod łóżka, zza lustra w łazience. Może stać za plecami szefa, chować się za guzikiem lekarza, czyhać w szpitalnym cieniu. Lubi obmowy, odmowy, nieporozumienia, zawody miłosne, zdrady przyjacielskie. Uwielbia czas spłaty kredytu i franka wędrującego w szwajcarskie góry. Pracuje razem z odpowiedzialnością, samotnością, strachem. Jest na ich skinienie. Wołają go do siebie cichutko albo bezgłośnie kiwają palcem, że już może wychynąć. Wyskakuje wtedy z ukrycia i siada na piersi ofiary. Nie odpuszcza. Siedzi i nie pozwala przedrzeć się powietrzu głębiej w płuca. Dławi, dusi i wreszcie zabija. Wprawdzie Jin Laut jest demonem morskim, lecz ląd przed nim nie uchroni. Wiadomo, że każdy człowiek w większości składa się z wody.

Kobieta-duch

Nie polubisz mnie, nie pokochasz, znienawidzisz. Moje imię zawsze będziesz wymawiać w parze z przekleństwem. Będziesz uciekać przede mną. Zatrzaskiwać drzwi chaty. Żonie i dzieciom nie pozwolisz wyjść spod łóżka, dopóki krążę i drapię pazurami w ściany. Gdy się tylko do ciebie zbliżę, ty – uzbrojony w drewniany, rozwidlony kij – przygwoździsz mnie, zawiesisz nad paleniskiem i tak długo będziesz trzymać, aż moja wygłodniała, kobieca dusza zwęgli się, a wtedy ty zjesz moje resztki. Pokonasz mnie, lecz wciąż będziesz mną gardził. Nie masz złudzeń, wiesz, że, gdybym tylko mogła, to ja pożarłabym ciebie. Zaczęłabym od języka, potem wessałabym oczy, obgryzła do chrząstek uszy, z nadludzką siłą wyrwałabym ci jedno a potem drugie ramię, po ramionach nogi, aż ty, taki cielesny, zniknąłbyś w czeluściach mojego bezcielesnego bytowania. Lecz ja wciąż bym cię kochała i wciąż podziwiała, bo wszystko co czynię, czynię z tęsknoty za tobą.

Charista

Nie zazdroszczę mu sławy. Ani że pisali o nim: Owidiusz, Herodot, Pliniusz i Tacyt… Szkoda, że na krzyżu jego imienia nie wykrzyczał sam Jezus, miałby wtedy komplet. Żartuję, przecież mu nie zazdroszczę, że jest symbolem zmartwychwstania. Ani że jego krew jest balsamem, ani, że dla Chińczyków oznacza piękno, subtelność i spokój, że jest kojarzony z harmonią wszechświata, że dla Rzymian był znakiem trwałości imperium a dla Egipcjan ptakiem boga Ra, symbolem nieśmiertelności. Ani, że występował w „Harrym Potterze” także mu nie zazdroszczę. Ani, że w słownikach o nim są trzy strony a o mnie tylko jedna linijka. Mówiłam przecież, że nie chodzi o sławę! Nie obchodzi mnie, że jest symbolem delikatności, że żywi się rosą a jego dotknięcie niczego nie niszczy… Akurat nie niszczy. Jak to nie niszczy? Właśnie, że mnie niszczy! Mój spokój niszczy! Feniks płonie, spala się i odradza z popiołów. A ja co? Chociaż się staram, płonę i płonę, to wcale spłonąć nie mogę! Jestem charista, ptak skazany na wieczny brak spełnienia. No.

Tengu

Idąc ulicą lubię przeglądać się w oknach samochodów. Jestem doskonały. Mam dobrą figurę. Uśmiech wycięty od ucha do ucha, uszy drobne, zgrabne, nos odpowiedni do ludzkiej twarzy, włosy krótkie, lśniące. Nie wyróżniam się, nie krzyczę głośno, nie jestem za głupi ani za mądry, mam gładkie obycie, wzorową życzliwość. Wsiadam do tramwajów na czas, kasuję bilet, oddycham kiedy trzeba, jem pięć razy dziennie w niewielkich ilościach. Płacę podatki. Ubrania piorę i myję się pod pachami. Zapachu swojego nie czuję. Na wszelki wypadek zawsze noszę ze sobą taśmę klejącą i klej w tubce, z którym się nie rozstaję. Gdy tylko czuję, że nos mi się wydłuża, że twarz płonie do czerwoności, włosy zamieniają się w wiszące strąki, paznokcie wyrastają w szpony, że złość mną trzęsie, wtedy szybciutko wyciągam taśmę i podklejam maskę, żeby się nie zsuwała. W masce nikt nie dostrzeże we mnie Tengu, złośliwego ducha, który opętał człowieka.

Pajur

Dzisiejszy poranek. Chłopcy w drodze do szkoły. Wrzask niemiłosierny.
– Co ty sobie myślałaś, gdy sok kupowałaś?
– Mogłabyś wreszcie lepszy?
Matce krzyczeć nie wolno. Wszyscy patrzą na mnie. Musiała je źle wychować, słyszę od pani w berecie. A niech gada. Ja milczę. Dzieci nie milkną. Kurtka niedobra. Za późno wczoraj przyszłaś. Obiadu w szkole nie zjemy. Zeszyty niekupione. Ołówki złamane. Z plecaka śmierdzi.
– I jeszcze nas nie słucha! – krzyczą, gdy odwracam głowę.
Chciałabym móc nie słuchać. Niewinne marzenie. Czy niewinne? Rozchodzić po ciele zaczyna się powoli, od mrowienia w palcach. Podchodzi najpierw nieśmiało, łokcie, talia, przeczekuje w brzuchu. Idzie coraz wyżej, barki, szyja. I już siedzi w głowie!
Staję na środku chodnika.
– Co robisz? Przez ciebie spóźnimy się do szkoły!
A ja wtedy tylko zdejmuję rękawice. Wystawiam spod nich pazury i jak szablami miotam dookoła. Zapada cisza, w niej są moje dzieci. Już się nie uratują. Leżą martwe…
Co ja im zrobiłam? Patrzeć na nie nie mogę. Rozpinam szybko bluzkę, pazurem drapię skórę. Kilka kropli wystarczy. Wlewam je dzieciom w usta. Tym razem im daruję…
Jutrzejszy poranek. Chłopcy w drodze do szkoły. Wrzask niemiłosierny.
– Co ty sobie myślałaś, gdy sok kupowałaś?
Dlatego dobrze jest być Pajurem, ptakiem z darem ożywiania i odwracania tego, co nieodwracalne.

Tsuchigumo

Jak zaczarowany szedł za kobiecym śpiewem, wyobrażając sobie wszystkie przyjemne chwile, które czekają go, gdy tylko dotrze do śpiewającej piękności. Jej nogi długie i gładkie, jej szyję łabędzią, pochylającą głowę skromnie, oczy pokorne i posłuszne, skórę delikatną. Myślał o zakrytych jej partiach, które śpiew obiecywał przed nim odsłonić. Jeszcze tylko kilka kroków i zaspokoi pragnienie. Stanął przed nią, kobieta zamilkła i wyciągnęła w jego stronę śnieżnobiałe dłonie. Nie podnosiła oczu, lecz on nie bał się patrzeć. Stała przed nim skromność, czystość i delikatność. Szyja, szczelny szlafrok, wysuwające się spod niego kostki. Chciał coś powiedzieć, lecz ona rozchyliła usta pierwsza…
Zamarł. Powstrzymał odruch. Cóż to za zapach wydobywa się z jej pięknego ciała. Te gnijące resztki to nie może być ona! Odwrócił się do drzwi. Gdyby tylko miał chwilę na zastanowienie, gdyby tylko jej ręce nie wpijały się w jego ramiona tak mocno. Może wtedy zdołałby pomyśleć, ale myśl przez oddech się nie przedarła. Jej łabędzia szyja zamieniała się już w owłosiony odwłok, oczy w czarne, błyskające ślepia, nogi w monstrualne odnóża, usta w ostre szczęki, które pożerały właśnie jego głowę. Tsuchigumo, japoński pająk, powrócił do swej naturalnej postaci.

Kot o zimnym sercu

Kot, koteczek, bohater internetowych memów, nie wszędzie budzi macierzyńskie uczucia. Dla Malezyjczyków kot może ukrywać w sobie badi, czyli złego ducha. Gdy badi puszystą łapą dotknie zmarłego, może przeniknąć do jego ciała, przejąć nad ciałem władzę i ożywić jako upiora.
W Japonii panuje przekonanie, że koty mogą rządzić zmarłymi i demonami. Dlatego marynarze zabierali ze sobą na statek kota, aby chronił ich przed morskimi duchami topielców.
Koty są zwierzętami o nieludzkich mocach, złośliwymi i przeklętymi, które mogą stać się wielkie, gdy tylko zechcą i straszyć, przenikając przez ściany i krzywiąc pyski szkaradnie. Dlatego Japończycy mawiają: „Kiedy umarł Budda, nie zapłakał tylko kot o zimnym sercu”.

© 2018 Ewa Jałochowska

Theme by Anders NorenUp ↑

Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial