Ewa Jałochowska

Historyk sztuki, pisze książki

Tag: mitologia (strona 1 z 2)

Sen o sobie samym

Są sny, o których nie sposób zapomnieć. Baku wiedział o nich wszystko. Znał ich skutki uboczne, bo zajmował się nimi zawodowo. Po snach o miłości miewał bóle wątroby, bo za dużo w nich chemii. Sny o przeszłości powodowały alergię na kurz i zawroty głowy. Sny szkolne wprawiały serce w palpitacje. Baku najbardziej lubił sny o przemocy. Czuł się po nich spełniony, bo wiedział, że jego ingerencja była niezbędna. Jego lecznicza ślina goiła senne rany. Mógł wylizać każde narzędzie zbrodni, mógł wychłeptać strach. Pewnej jednak nocy, gdy Baku stanął nad śpiącym, zobaczył, że ten śni zły sen o nim, o puchatym potworze z japońskich baśni, z głową lwa, stopami tygrysa i ciałem konia. Ale w tym śnie Baku nie był dobrotliwy, lecz był krwiożerczy. Musiał więc natychmiast przerwać sen o sobie samym. Sam siebie musiał wylizać, żeby zdążyć przed własnym, wyśnionym okrucieństwem. Nie zawahał się. Wysunął język, musnął nim sen i sen znikł a Baku zniknął razem z nim.

Piżmoszczur

Piżmoszczur zanurzył brzuch. Stał przez chwilę bez ruchu i nasłuchiwał, czy na brzegu nie czai się lis. Nie czaił sie, więc piżmoszczur uniósł tylne łapki do góry, pozwolił sierści nasiąknąć wodą i dopiero zanurkował. Dno rzeki było muliste i niewiele było widać. Ale on nie musiał patrzeć, musiał dotykać. Złapał błoto i zaczął formować z niego kulę. Wypłynął z nią na powierzchnię. Lisa wciąż nie było, więc ułożył ją na brzegu. Wrócił do rzeki i ponownie zanurkował. Wypłynął z następną garścią mułu i powtórzył tę czynność tyle razy, aż usypał z błota spory pagórek. Wyszedł na brzeg, otrzepał się z wody i zaczął rzeźbić, uklepywać i wygładzać zapominając o niebezpieczeństwie.
– Co robisz? – zapytał lis.
Piżmoszczur skulił się. A jednak lis przyszedł. Był blisko, właściwie tak blisko, że trzymał łapę na karku zwierzaka. Ucieczka nie była już możliwa.
– Co robisz? – powtórzył lis – a właściwie, co robiłeś?
– Lepiłem Ziemię.
– Ziemię? Przecież jest już gotowa – odparł kpiąco lis.
– Ale wciąż nie jest doskonała – odparł piżmoszczur wiedząc, że są to jego ostatnie słowa.

Leyak

Sędzia: Nie wstyd ci?
Leyak: Wstyd.
Sędzia: Naprawdę?
Leyak: Szczerze mówiąc nie bardzo. To była przyjemność.
Sędzia: Przeistaczanie się w świetlika o zmierzchu sprawiało ci przyjemność?
Leyak: Przeistaczanie się było całkiem zabawne.
Sędzia: Zabawne?!
Leyak: A jednak nie. Wcale nie było zabawne. Nienawidzę sam siebie. Czuję przerażenie.
Sędzia: Przeraża cię krążenie po cmentarzu nocą pod postacią świetlika, tak?
Leyak: Tak, przeraża cmentarz i cała ta reszta.
Sędzia: Cała ta reszta mnie także przeraża.
Leyak: Także? Mnie coś przeraża? Tak powiedziałem? A więc skłamałem.
Sędzia: Skłamałeś? Grasowanie po nocy i wyjadanie wnętrzności zmarłym nie jest dla ciebie obrzydliwe?
Leyak: Nie wiem, czego miałbym się brzydzić. Mięso to mięso.
Sędzia: Jeśli cię nie odstręcza, jesteś potworem! Bądź przeklęty Leyaku!
Leyak: Jestem przeklęty! Jestem potworem! Brzydzę się sam siebie!
Sędzia: I czeka cię śmierć! Boisz się kary?
Leyak: Wysoki Sądzie, Leyak musi umrzeć. Zasłużyłem na karę i drżę przed nią.
Sędzia: W końcu mówisz rozsądnie!
Leyak: Czyżby? Jakie znaczenie ma, co mówię, skoro ty i tak nigdy nie dowiesz się, co myślę.

Kot

Dzień mija za dniem a ja siedzę na parapecie i wyglądam chwil, które niedługo nadejdą. Jestem bardzo grzecznym kotem, z gatunku tych najdoskonalszych, co przybiegają przywitać właściciela, gdy ten wraca do domu, i ocierają się o jego nogę, lecz nie podcinają. Mruczą wieczorem, jednak nie wymuszają zainteresowania. Dają mu wyspać się do południa, jeśli tylko zechce. Lubią jeść, lecz z umiarem. Nie włażą do lodówki, gdy tylko uchylają się jej drzwi. Nie uciekają przez okno gnane instynktem, gdy tylko poczują zapach lasu, i zawsze trafiają prosto do kuwety. Właściciel kocha kota i pewnego dnia zdradzi mu swe uczucie, zwierzy się z przywiązania do białej sierści, brązowych łat, do dobrego ułożenia i empatii. Gdy panu jest smutno, kot zawsze kładzie na nim swoją łapę i pociesza. Lo Aget mówi i ja go rozumiem. Pewnego dnia, a ten dzień jest już bliski, powie mi, że mnie kocha. Wtedy czar rzucony przez czarownika pryśnie. Przestanę być łaciatym kotem i stanę się z powrotem księżniczką. Mój pan oświadczy mi się i zyska we mnie żonę, lecz straci kota. A co ja zyskam i co stracę? Niestety w tej bajce nikt o moje uczucia nie pyta.

Ośmiornica

Stała na samym brzegu, na krawędzi najwyższej spośród wszystkich gór. Skalisty czubek tonął w chmurach, z których ona chłonęła wilgoć. We mgle nie widziała wiele, ale wiedziała, co wydarzy się już za chwilę. Obiecała sobie, że nie będzie się bronić. Teraz też się nie odwróci. Niedoczekanie! Chcieliby zmusić ją do posłuszeństwa, upokorzyć. Wzruszyła ramionami. Nie odwróci się, nie cofnie. Za nią jest tylko przeszłość. Za ułamki sekund czyjaś ręka wysunie się z mglistej przeszłości i zepchnie ją z krawędzi, w ciemną i mokrą przyszłość. Zaśmiała się. Dogoni przyszłość szybciej niżby się tego spodziewała. Zaraz jednak posmutniała, bo wiedziała, że pogrąży się w niej na bardzo długo. Została przecież skazana na wieki. Bogowie skazali ją na potępienie, na życie w podziemiach. Ośmioma ramionami ośmiornicy stwarzała świat, na tyle jej pozwolili, lecz gdy chciała stworzyć człowieka, powiedzieli, że jeszcze nie czas i że decyzja nie należy do niej. Walka na nic się zdała. Doprowadziła ją tylko na skraj przepaści. Stanie się zaraz upadłym aniołem, upadłą ośmiornicą a oni stoją za jej plecami z wyższością i napawają się swoim sukcesem. Nie miała pojęcia, na co czekają. Zawsze wszystko musiało odbywać się na ich warunkach. Ale to przecież historia jej upadku. Właśnie, że nie będzie im posłuszna i właśnie, że skoczy sama. Teraz! Skoczy właśnie teraz! Oderwała ramiona od skały, zachwiała się i pozwoliła sobie opaść w otchłań. Lecz gdy już spadała, zrozumiała, że na to właśnie tylko czekali.

Trznadel

Każdy zna dzień swoich narodzin, nie każdy jednak zna dzień swojej śmierci. Ja go znam. Kiedy umrę? Pierwszego maja. Którego roku? Każdego. Ja wiem, że tego dnia wszyscy cieszycie się słońcem i wiosną, że idzieci na łąki, patrzycie na siebie z czułością i nie w głowie wam zabijanie. Ale dzień mija. Ile można być dobrym i sprawiedliwym?
– Chodź, poszukamy kamieni, porzucamy w ptaki – mówi jeden do drugiego koło kolacji. A ludzie głodne są już i napite, zmęczone tą wesołością majową i idą. Chcieliby trochę poużalać się nad sobą, więc zbierają kamienie i za trud, za niesprawiedliwość, za biedę będą rzucać.
– Jest! – krzyczą – żółty trznadel siedzi na drzewie!
Czasem ktoś złapie za rękę i powie jeszcze:
– Poczekaj, szkoda ptaszka. Nie trzeba go zaraz zabijać.
Lecz inny mu wytłumaczy, że nie tylko nie szkoda, ale nawet potrzeba. Bo pierwszego maja diabeł trznadlowi swoją krew oddaje. Teraz to już jest piekielny ptaszek, groźny i zły. A skoro tak, nikt już się nie waha. Skąd o tym wiem? Bo ja to wszystko z góry widzę, gdy na gałęzi siedzę, a oni pod drzewem stoją i ręce podnoszą. Jestem trznadel, a dziś jest pierwszy maja, dzień mojej śmierci.

Kappa

Koniec dnia, zachód słońca rozlewa się ponad górami jajeczno-pomarańczowym światłem. Wiatr cichnie, kwiaty składają płatki w ciup, pszczoły nie bzykają, ptaki śpiewają wieczorną melodię… i tak dalej w podobnym stylu. W zimnym górskim strumieniu, za trzecim zakolem w stronę powalonego pnia drzewa, na zielonym kamieniu z rdzawym nalotem po lewej stronie, siedzi Kappa i moczy nogi. Przymyka oczy i stara się nie myśleć.
– Nie myśleć – powtarza cicho i jego słowa unoszą się ponad wodą, rozpełzając i zakrywając okoliczne łąki.
Kappa opiera zrogowaciałe łapy na kamieniu i pochyla się nad powierzchnią strumyka, którą zasłania już wieczorna mgła.
– Nie widzieć – powtarza sobie – nie widzieć.
Gdyby spojrzał zobaczyłby najbardziej żałosną istotę pod zachodzącym w tej chwili słońcem. Żółwia o małpiej głowie, o łapach obciągniętych twardą skórą. Stworzenie spomiędzy światów, bo nie należy całe ani do wody ani do ziemi. O powietrzu marzyć nawet nie powinno. Wyglądem jednak Kappa aż tak się nie przejmuje. Zawsze może na swoje odbicie nie patrzeć. Myśli o czymś innym…
– Nie myśleć! – upomina siebie, ale nie myśleć jest najtrudniej. Łatwo nie wąchać, łatwo nie dotykać, łatwo nie patrzeć i nie jeść. I nawet można nie słyszeć, gdy wędrowcy mówią przy nim nieuprzejme słowa. On, strażnik uprzejmości, którego zadaniem jest karanie tych niegrzecznych, może grzecznie ich przeklinania nie słyszeć. Lubi ich nie słyszeć, woli nawet ich nie słyszeć, bo nie lubi nikogo karać. Ale nie usłyszeć przekleństw, wypowiadanych przez innych jest łatwo. Trudniej nie usłyszeć własnych myśli, w których pojawia się tylko i jedynie wulgarność.
– Nie myśleć! Nie myśleć!
Słońce zachodzi i ciemność opada na strumień, kamień i na siedzącego na nim Kappę. Strażnik zasłania pazurami małpi pysk i szlocha. Jeśli ciągle będzie myślał nieuprzejme rzeczy, będzie musiał wciąż i bez końca karać sam siebie.

Sedna

– Mamusiu, mamusiu! – wołały radośnie rybki, unosząc się ponad niewielkim pagórkiem, wystającym z dna morza.
– Mamusiu, obudź się! – krzyczały i machały ogonami, żeby wzburzyć piasek, który już po chwili zaczął wirować, mieniąc się sinymi odcieniami. Pod piaskiem ukazała się, ziewająca i z trudem otwierająca jedyne oko, jakie posiadała, twarz kobiety. Chociaż zanim pojawiła się twarz, wyłonił się perkaty nos, potem policzki, oko, uszy z włosami, a za nimi dopiero ciężka, jakby toporem wycinana w drewnie, postać.
– Czego? – spytała tak chłodno, jak chłodne były otaczające ją wody. Wzrok jednak, wodzący z dumą za okrążającymi ją dziećmi, zdradzał matczyną czułość i tkliwość.
– Mamo Sedno – wystąpiła jedna z rybek i zawisła tuż przed nosem mamy, zmuszając ją do odsunięcia w tył głowy, żeby móc patrzeć.
– Mamo Sedno, opowiedz nam o dziadkach – poprosiła rybka i z chichotem uciekła do reszty śmiejących się sióstr i braci.
– O dziadkach? – powtórzyła ostatnie słowa Sedna i westchnęła – już wam o nich opowiadałam.
– Jeszcze raz! – zawołały chórem dzieci.
– Babcia i dziadek nie mieszkali, jak my, na dnie morza – pokiwała kobieta pomrukując i kręcąc głową, jakby sama dziwiła się słowom, które wypowiada – mieszkali na lądzie.
Zawiesiła głos a wokół niej rozległy się szepty, jak echo powtarzające:
– Mieszkali na lądzie, mieszkali na lądzie – tłumaczyły sobie rybki. Gdy umilkły Sedna mówiła dalej:
– Byli olbrzmami.
– Byli olbrzmami, byli olbrzymami – rozległo się wesołe echo.
– Pewnego dnia zabrali mnie na łódkę i odpłynęli daleko od brzegu, tak, że nawet gdybym chciała, nie mogłabym sama do niego dopłynąć.
Rybki milczały zasłuchane, nieznacznie tylko rozgarniając płetwami wodę. Mama patrzyła na dzieci z troską. Ponieważ ona też nic nie mówiła, ta sama rybka, wypchnięta przez braci, podpłynęła pod nos mamy:
– I co było dalej, mamo Sedno? – zapytała i znowu śmiejąc się uciekła. Inne rybki już się nie śmiały, tylko czekały wpatrzone w usta Sedny.
– I wyrzucili mnie za burtę.
Pośród rybek zapanowało poruszenie. Słychać było „och” i „ach” i „za burtę”. Gdy uspokoiły się – co jest zupełnie niezgodne z prawdą, bo w wielkim napięciu czekały na następne słowa mamy – Sedna uśmiechnęła się:
– I wtedy podpłynęłam do łódki i złapałam ją…
– I dziadek obciął ci paluszki! – chórem dokończyły szczęśliwe dzieci.
– I tak powstałyście wy – powiedziała z dumą Sedna, wyciągając pozbawione palców dłonie i wskazując całe swoje morskie potomstwo.
– I ty! Groźna bogini morza! – zawołaly z dumą rybki, rzucając się na szyję mamie.

Japoński biały wąż

Zapłaczcie dzisiaj nade mną, jako i ja płaczę nad swoim losem. Żyłem samotnie a teraz samotnie umieram. Mieszkam na dnie oceanu, w ciemnej jaskini, gdzie wieczną noc rozświetla mi jedynie wspomnienie pięknych pereł, których zobaczyć nie mogę z powodu ciemności. Nie znam swojego imienia, nikt mi go nigdy nie zdradził, a ja zbyt nieśmiały byłem by kogokolwiek pytać. Ile razy chciałem wyjść na brzeg, wygrzać na słońcu wężową skórę, ludzie pierzchali z krzykiem, mówiąc, żem potwór. Gdy wynurzałem łeb z wody, prosząc, by zabrali perły i posąg, co mi w jaskini niczemu nie służą, tyle razy przysyłali do pożarcia czternastoletnie dziewczę. Jakże żal mi było jej drżacego ciała. Ludzkie mięso mi wcale nie służy, mam po nim zgagę i straszne boleści, które męczą mnie tygodniami. Jednak daru odrzucić nie wolno. Obraziłbym tylko darczyńców i sprowadził na siebie ich gniew. Choć tyle dla nich zrobiłem, nigdy mnie nie pokochali. Ile razy wyłem, nikt nie zszedł w głąb morza z pomocą. Nikt z nich nie wstawił się za mną przeciw mej samotności. Nie chciałem już żyć, gdy więc dzisiejszego ranka, do mojej jaskini wśliznęła się zwinna jak wąż kobieta, pozwoliłem jej na to. Bez trudu podkradła się do mnie, a ja czekałem na nią, wiedząc, że nic dobrego mnie z jej dłoni nie spotka. Otworzyłem ślepia szeroko, by w jedno z nich mogła z łatwością wbić sztylet. Mimo bólu paszczę zamknąłem, oczu nie mogłem, bo tkwiło w nich ostrze. Posłusznie drugi cios przyjąłem, wymierzony w serce. Przede mną ostatnie minuty. Zaraz wyciągną mnie na brzeg, żeby świętować zwycięstwo nad złym duchem, zamkniętym w białej skórze węża.

Puntianak

Indonezyjski i malezyjski duch-wampir, który mieszka nad brzegiem rzeki i przybiera kobiecą, wyjącą przeraźliwie, postać z zakrwawionym kroczem. Puntianak jest duchem kobiety, która zmarła w czasie porodu. Nienawidzi mężczyzn, którym objawia się pod postacią pięknej niewiasty. Zwabiwszy nieszczęśnika w pułapkę obrywa mu genitalia. Najczęściej jednak nawiedza ciężarne. Która ujrzy Puntianaka, ta urodzi martwe dziecko. Klątwie zapobiec może jedynie ofiara z kury złożona nad rzeką. Według ludowych podań Puntianak nie zawsze jest kobietą, może pojawiać się także pod postacią kruka, który przenika do ciała ciężarnej kobiety i prowokuje poronienie, lub pod postacią sowy, przepowiadającej nieszczęście. Gdy więc w czasie porodu umiera kobieta, jej włosy przybijane są przez rodzinę do trumny, żeby nie była w stanie wstać z grobu i jako duch Puntianak szkodzić ludziom.

Starsze wpisy

© 2018 Ewa Jałochowska

Theme by Anders NorenUp ↑

Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial