Ewa Jałochowska

Historyk sztuki, pisze książki

Tag: metro

Pasek postępu

Schodzę do metra i mijam gołębia na szarej posadzce. Zajęty jest patykiem. Podnosi go i zaraz potem wypuszcza. Gdy go wypuszcza, ja upadam. Gołąb podnosi gałązkę i wtedy ja wstaję. Wsiadam do wagonu trochę zdziwiona i patrzę na wysokiego, szczupłego mężczyznę, który siedzi najbliżej wejścia. Wzrok utkwił w przestrzeni pomiędzy stacjami. Białe adidasy ustawił pod ławką równo. W palcach trzyma telefon, z którego białe kable wznoszą się do jego uszu. Muzyka zatopiona słuchawką w jego małżowinie wydobywa się na zewnątrz stłumionym łomotem, który wtapia się w dźwięki metra. Wszyscy podrygujemy w ich rytmie. Palce mężczyzny delikatne ślizgają się po powierzchni telefonu. Wreszcie zatrzymują się. Jestem na stacji metra, gdzie gołąb wypuszcza z dzioba gałązkę. Przewrócona czekam, aż ptak podniesie patyk lub mężczyzna ponownie włączy odtwarzanie.

Ilustracja: Suprematyzm, Kazimierz Malewicz, 1917, źródło: commons.wikimedia.org.

Persja

Dwóch mężczyzn w metrze w wagonie ostatnim. Pierwszy rower ma, niemłody jest i niestary. Pachnie liśćmi i wiosną. Telefon z kieszeni wyjmuje i do przyjaciela dzwoni:
– Cześć. I gdzie jesteś? Dzwonię, żeby ci powiedzieć, że łańcuch po naoliwieniu bardzo ładnie działa. Dziękuję.
Gdy pierwszy mężczyzna wyłącza słuchawkę, drugi wyjmuje swoją. Roweru nie ma. W wieku jest posunięty bardziej. Gdy usta otwiera zapach wina jabłkowego w metrze zawisa:
– Cześć. I gdzie jesteś? – pyta – Dzwonię, żeby ci powiedzieć, że się kurwa takich numerów ze mną nie robi i że cię rozpierdolę.
Słucha człowiek obu mężczyzn w zachwycie, jak niezwykłym darem jest tradycja, której właśnie staje się świadkiem. Polska, Europa Środkowo-Wschodnia, wiek dwudziesty pierwszy, a na ulicach wciąż żywe są zwyczaje dawnej Persji. Starożytny dualizm w czystej postaci w warszawskim metrze ma miejsce. Mazdaizm się dzieje, w którym jeden pasażer Dobremu Panu cześć oddaje a drugi Złemu przekleństwami się kłania. I połączeni są ze sobą trwale, bo nie ma jednego bez drugiego. A nie, przepraszam, jednak nie. Pomyliłam się. Na następnej stacji rowerzysta wysiada

Z życia metra

Stacja. Drzwi. Niedziela, więc pustawo. Miejsca stojące wolne, miejsca siedzące zajęte. Stoję i patrzę na starszą kobietę, która o kulach wchodzi do metra. Kurtkę ma bordową, torbę czarną i plecak niebieski zarzucony na jedno ramię. Spod kurtki wystaje niebieska apaszka. Beret bordowy na rudych włosach. Twarz spokojna, pogodzona. Kobieta przymierza się do miejsca tuż przy wejściu. Nie jest łatwo usiąść z dwiema kulami. Siada, plecak przeszkadza. Splątało się niebieskie ramiączko z czarnym paskiem od torebki. Mocuje się kobieta. Co złapie torbę, plecak spada, co plecak spróbuje, torba leci. Zaraz na podłogę osuwają się kule. Pasażerowie patrzą. Nikt nie podchodzi, nie pomaga nikt. Odklejam się od poręczy. Podchodzę i pytam, czy można pomóc. Łapię spojrzenie kobiety i niebieski plecak. Po chwili wracam na miejsce, podobnie jak torba i kule. Metro jedzie dalej. Uśmiecham się, bo zawsze jest miło pomóc. I dopiero wtedy dostrzegam, że pasażerowie na mnie patrzą. Oni się nie uśmiechają. Pytają. Pytanie jest nieme, lecz wymowne:
– I po co podchodziłaś? Prosił cię ktoś?

Kropla

Zauważyliście, że na stacji metra zawsze światło jest sztuczne, przytłumione? Głupie pytanie. Któż by nie. A że w kiosku, w pół drogi do stacji po schodach. białe światło świeci na biało? Też je już widzieliście? Oczywiście, że tak. Ale czy zauważyliście, że kasjerka zamyka kiosk codziennie o tej samej porze na pół godziny, chociaż nie ma informacji o przerwie? Czy patrzyliście na nią, gdy wychodzi przez szklane drzwi kiosku, wyłącza białe światło i biegnie, niecierpliwa, niespokojna, gnana siłą większą od niej? A ja widziałem, codziennie na nią patrzę. Stoję zwykle pod jedną z kolumn, tą po lewej stronie i dopalam papierosa. Że nie wolno palić? Wiem, że nie wolno, ale dopalam. Ona nie patrzy na mnie, ale wie, że jestem tuż za nią. Biegnie, lecz ja idę spokojnie. Mam czas. Wychodzę na powierzchnię i wkraczam w najbliższą klatkę, najbliższego budynku. Nie. Nie powiem wam, jak nazywa się ulica i stacja. W ogóle cieszcie się, że opowiadam wam o niej. Nie wiem dlaczego, to robię. Może dlatego, że chciałbym pochwalić się władzą. Idziemy więc, ona przodem, w granatowej sukience dzisiaj idzie. Buty ma wysokie, czarne, skórzane. Wcale nie są modne i ładne. Spracowane, o szarej czerni, nie czarnej. Czeka na mnie z opuszczoną głową na ostatnim, czwartym piętrze. Okna widać z ulicy, lecz zasłaniamy je wchodząc, różowymi, brzydkimi zasłonami. Zapada różowa ciemność, ona w granatowej sukience. A ja z uśmiechem. Nie mogę go opanować. Codziennie się do niej uśmiecham a potem walę ją w twarz, bo tyle razy mówiłem, żeby patrzyła na mnie, a ona tylko w dywan beżowy się patrzy. Przewracam ją. Raz przytomność straciła, głową uderzając o kaloryfer, ale to przeszłość. Dzisiaj lepiej jest między nami, dzisiaj przewracam ją, obracam, w niebieskiej sukience odnajduję, to czego szukam i biję w nerkę, żeby bliżej podłogi brzuchem leżała. Rżnę ją szybko, bo klienci przecież na bilety czekają.
– Bilety – proszę ją, ciągnąc ją za włosy – opowiedz mi o biletach.
I ona mówi, które sprzedaje najczęściej, że dzisiaj ulgowe, że całodobowe. Skończyłem. Odsuwam się od niej zdziry i oczy zamykam. Wychodzi. Słyszę, jak ucieka przede mną. Biegnie po schodach, otwiera drzwi kiosku, włącza białe światło i kroplę z ust ściera. Tę kroplę też widzieliście? Nie? Tak sądziłem.

Czułość

To wszystko, czego nie chciała napisać, to wszystko, czego nie mogła powiedzieć ukrywała pomiędzy. Pod chodnikową płytą i w szczelinie wędrującej po mieście. W osiadających szybach przystanków, rozwarstwiających się i popuszczających trociny płytach kiosków, rdzewiejących psimi szczynami metalowych słupkach. We wklęsłościach po lecie, w spierzchnięciach po zimie. W każdej szparze otwierającego się miasta, którą ona wypełniała ciepłą śliną, w którą wciskała wydarte z głowy włosy, po jednym upuszczane, mimochodem odgryzane kawałki paznokci, wypluwane po trawnikach, którym przeczesywała palcami brwi, w fugach metra, o które z policzka zdzierała wysuszone płatki skóry. Pomiędzy nimi wyrośnie czułość.

© 2018 Ewa Jałochowska

Theme by Anders NorenUp ↑

Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial