Ewa Jałochowska

Historyk sztuki, pisze książki

Tag: kot

Zaufanie

Zaufanie nie jest kotem. Siedzi na murku i liże skaleczoną łapę, bo weszło na pęknięte szkło. Ale kotem nie jest. Zaufanie milczy. Milczy, patrzy i od światła zwężają mu się źrenice. Ale kotem nie jest, choć kotu źrenice zwężają się podobnie. Zaufanie słyszy. Wszystko. Siedzi na murku, liże łapę i słyszy. Zupełnie jak kot, chociaż kotem nie jest. Gdy usłyszy stukot puszek ucieka. Jest mądre. Wie, że zgrzyt po bruku oznacza kłopoty, uzasadniony strach i nieuzasadniony ból. Wybiera więc kocią drogę, najszybszą, pomiędzy samochodami, za blok, w otwarte piwniczne okienko a może do ogródka pod balkon, z którego zwiesza się szczekająca psia głowa. Ta głowa je chroni. Zaufanie siedzi przycupnięte za krzakiem. Już wie, że zostało osaczone, bo pies – zdrajca, przestał jazgotać. Gdy chwilę póżniej zaufanie potyka się o sznurek i rani łapy o brzegi puszek, jest jak kot. Ma wiele żyć. Odrodzi się.

Ilustracja: Kobieta przemieniająca się w kota, Marc Chagall, 1927-28.

Poranek

Każdy poranek zaczyna się od tego samego. Majtki, skarpetki, koszula, spodnie, śniadanie, kawa z mlekiem, buty. Zanim jednak majtki, trzeba wejść do łazienki i obejrzeć ciało. Od góry do dołu. I od dołu do góry… Jest. Na brodzie jest. Odrasta codziennie, chociaż się go łapie pęsetą i wyrywa ciągnąc razem ze skórą. Czarny włos. Po wyrwaniu włosa nie ma. Broda gładka. Ale o kolejnym poranku znowu jest. Chciałoby się tak pęsetę rzucić w kąt. Co by wtedy było, gdyby się rzuciło? Raz się już o nim zapomniało, raz się już włosa nie wyrwało, bo się za bardzo spieszyło. Po brodzie pojawił się taki sam na nosie, po nosie na uchu, po uchu na plecach, po plecach na nogach, po nogach na pępku, na dłoniach, na szyi, na czole, na dłoniach, na piersiach, na udach, na plechach, na uchu, na nosie, na bokach, na łydkach… I już nawet śniadania jeść się nie chciało. Kawę się nietkniętą na stole zostawiło. Tylko mleko się ze spodka językiem wychłeptało, na parapet się wspięło i na dach z wywiniętym ogonem dumnie się skoczyło. I do pracy już się tego dnia nie poszło.

Kim chciałby zostać bóg?

Od dawien dawna wiadomo, że każdy chciałby być kimś innym niż jest. Szczur chciałby być kangurem, kangur chciałby być człowiekiem, człowiek chciałby być bogiem, a bóg? Kim chciałby zostać bóg? Sprawę wyjaśni historia, która wydarzyła się naprawdę a wiem to dlatego, że działa się w mojej piwnicy. Otóż pewien głodny szczur, który schronił się przed mroźną zimą, trafił na złożony w podziemiach zbiór lektur. Ponieważ szczur był głodny zaczął od Arystotelesa, bo wiadomo, że Platonem się nie naje. Traf chciał, że w jednej z książek odnalazł opowieść o mitach Nowej Gwinei i kangurzycy Amori, która wędrowała za pierwszymi ludźmi i podejrzała ich akt seksualny. Nie tylko podejrzała, ale gdy było już po wszystkim, wylizała językiem resztki męskiego nasienia, które pozostało na piasku. Po pewnym czasie urodziła ludzkiego syna. Głodny szczur długo trawił przeczytaną opowieść aż doszedł do wniosku, że on także chciałby zostać kangurem, który urodzi człowieka. Przez niewielką szczelinę w drewnianych drzwiach wystawił z piwnicy pełnej książek nos na chłodny i mroczny korytarz, który miał go zaprowadzić do Australii. Nie zdążył jednak pisnąć, gdy na jego głowie łapę położył czyhający na niego kot. Kot nie zwlekając zeżarł szczura razem z jego marzeniami. Nie mogło być inaczej. Szczur nie był bogiem, więc nie został kangurem, nie wylizał spermy i nie urodził człowieka, który także nie został bogiem. Nie mógł nim zostać, bo widać wyraźnie, że bóg jest tylko jeden i jest nim kot. I pozamiatane.

ilustracja: Banksy, zdjęcie: highlife.sk

Kot demon

Nie było dużego ruchu. Miasto w lecie pustoszało. Most stał w słońcu, asfalt pachniał, rudy kot w krzakach siedział. Lato na całego. Kobieta z synem szła krokiem niespiesznym, bo jej się nie spieszyło. Drugi syn, starszy, przyglądał się niebu wypłowiałemu. Coś go zainteresowało na nim tak bardzo, że nie zauważył tego, co kobieta wchodząca z dziećmi na wiadukt także przegapiła. Barierki stały, owszem, lecz nie od strony przepaści a od samochodów. Krzyknęła, ale za późno. Nogą nie trafił. Zachwiał się i poleciał. Ręce tylko rozłożył. Matka drugie dziecko mocno chwyciła i z wiaduktu zeszła. Przepaść wysoka. Kobieta po zboczu na dół biegła. Jej syn leżał. W głowie liczyła szybko ile metrów leciał. Dwadzieścia, więc zginął. Podeszła do niego. Drugiego syna ani przez chwilę z dłoni nie wypuszczała. Uklękła przy leżącym na żwirze. A tu zza niego rudy kot się wyłania, ten sam, który na górze w cieniu się chował. Krew z ucha chłopca zlizuje, policzek pęknięty śliną przykrywa. Matka oddech wstrzymuje. Chce kota przegonić, lecz jej zmarły syn nagle głowę podnosi, kolana ze żwiru otrzepuje, twarz z piasku czyści, bordową kroplę spod nosa wyciera. I na nogi staje, ale nie na dwie wcale, tylko na cztery. O spódnicę matki się ociera, głowę pod rękę brata wsuwa i odchodzi za rudym kotem więcej się na matkę nie oglądając.

Kot

Dzień mija za dniem a ja siedzę na parapecie i wyglądam chwil, które niedługo nadejdą. Jestem bardzo grzecznym kotem, z gatunku tych najdoskonalszych, co przybiegają przywitać właściciela, gdy ten wraca do domu, i ocierają się o jego nogę, lecz nie podcinają. Mruczą wieczorem, jednak nie wymuszają zainteresowania. Dają mu wyspać się do południa, jeśli tylko zechce. Lubią jeść, lecz z umiarem. Nie włażą do lodówki, gdy tylko uchylają się jej drzwi. Nie uciekają przez okno gnane instynktem, gdy tylko poczują zapach lasu, i zawsze trafiają prosto do kuwety. Właściciel kocha kota i pewnego dnia zdradzi mu swe uczucie, zwierzy się z przywiązania do białej sierści, brązowych łat, do dobrego ułożenia i empatii. Gdy panu jest smutno, kot zawsze kładzie na nim swoją łapę i pociesza. Lo Aget mówi i ja go rozumiem. Pewnego dnia, a ten dzień jest już bliski, powie mi, że mnie kocha. Wtedy czar rzucony przez czarownika pryśnie. Przestanę być łaciatym kotem i stanę się z powrotem księżniczką. Mój pan oświadczy mi się i zyska we mnie żonę, lecz straci kota. A co ja zyskam i co stracę? Niestety w tej bajce nikt o moje uczucia nie pyta.

Kot

Leżę sobie na schodach i wygrzewam się w wiosennym słońcu. Oczy mam zamknięte, lecz widzę wszystko. Chińczycy wiercą się, kręcą, szykują. Święta przecież tuż tuż. Podchodzi kobieta i drapie mnie za uchem. Nie! Nie odpędzam. Niech sobie głaszcze. Jeszcze mordę nadstawię.
– Biedny kotek – mówi do mnie – czujesz się biedny? – pyta i palcem głaszcze mnie po głowie.
– A powinienem? – odpowiadam pytaniem na pytanie i odchylam brodę – jeśli powinienem, poczuję się natychmiast.
– Nie czujesz się pominięty? – dziwi się kobieta i kolanami dotyka mojej sierści, kucając.
– W czym mnie pominięto? – ja także pytam zdziwiony, bo wciąż przecież nie wiem, jakież to nieszczęście mi się przytrafiło.
– Jutro zaczyna się Rok Kozy – tłumaczy kobieta ruchem okrężnym masując mnie po brzuchu – nie chciałbyś być kocie przez rok najważniejszy? Miałbyś rok kota, wszyscy by cię w Chinach kochali. Zlizywałbyś śmietankę.
Mruczę, zamiast jej odpowiedzieć, bo też co miałbym jej rzec? Znam wszystkie opowieści o dwunastu zwięrzętach chińskiego znaku zodiaku. Wiem, że Budda wezwał do siebie tygrysa, kozę, królika, konia, psa, węża, świnię, koguta, małpę, smoka, bawoła i mnie, lecz mi jedynemu, nie chciało się na spotkanie przybyć, bo wolałem spać. Nie dostałem więc w przydziale swojego roku, dostał go szczur zamiast mnie. I co mam powiedzieć? Że to plotki? Że na wezwanie Buddy nie przybyłem z powodów zasadniczych? Z powodu godności, szacunku i umiłowania wolności? Czy nie widzicie, że gdybym przybył, dałbym ludziom znak, że na ich wezwanie będę przybywał już zawsze? A czy wtedy nie odnieśliby mylnego wrażenia, że oni każą a ja przybywam? I czy wtedy nie poczuliby się rozkazującymi, czyli panami? A skoro oni poczuliby się panami, kim dla nich byłbym wtedy ja?

Kot o zimnym sercu

Kot, koteczek, bohater internetowych memów, nie wszędzie budzi macierzyńskie uczucia. Dla Malezyjczyków kot może ukrywać w sobie badi, czyli złego ducha. Gdy badi puszystą łapą dotknie zmarłego, może przeniknąć do jego ciała, przejąć nad ciałem władzę i ożywić jako upiora.
W Japonii panuje przekonanie, że koty mogą rządzić zmarłymi i demonami. Dlatego marynarze zabierali ze sobą na statek kota, aby chronił ich przed morskimi duchami topielców.
Koty są zwierzętami o nieludzkich mocach, złośliwymi i przeklętymi, które mogą stać się wielkie, gdy tylko zechcą i straszyć, przenikając przez ściany i krzywiąc pyski szkaradnie. Dlatego Japończycy mawiają: „Kiedy umarł Budda, nie zapłakał tylko kot o zimnym sercu”.

© 2018 Ewa Jałochowska

Theme by Anders NorenUp ↑

Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial