Ewa Jałochowska

Historyk sztuki, pisze książki

Tag: koronawirus

Zdezynfekuj

Zdezynfekuj mnie wielokrotnie. Zaciągnij się z filtrem. Unieś taśmą nadgarstki. W polipropylenowym skafandrze rękawiczka z lateksu rozłożyła nogi. Drży troczek maseczki. Fizelinowy wątek. Strużka izosolu pociekła po pleksi. Jałowym uśmiechem foliowej torebki rysuje się krzywo nasza anomalia. Jednorazowa przyjemność.

Rękawiczki

W czasach pandemii każda wyprawa do sklepu jest wyzwaniem, bo – wiadomo – do sklepu chodzą ludzie a każdy człowiek inaczej przeżywa zarazę i ma inną filozofię postępowania. Na przykład ta kobieta przede mną ma na sobie maseczkę, okulary przeciwsłoneczne, kaptur i gumowe rękawiczki na obu rękach. Trzyma dystans półtorametrowy i tak naprawdę nie wiem, czy jest kobietą czy mężczyzną, ponieważ głęboko skryła się w luźnym ubraniu. Jej przeciwieństwem jest kobieta, która stoi za mną. Ona jest z pewnością kobietą, ma długie blond włosy, którymi dotyka mojego ramienia. Stoi tak blisko, że mogłabym poczuć jej perfumy. Nie myślę jednak o perfumach, lecz o odległości a raczej bliskości. Odwracam się niespokojnie i zastanawiam się jakby tu dać jej do zrozumienia, żeby się trzymała z daleka. Kątem oka zauważam, że kobieta żuje kosmyk nakręcając go jednocześnie na palec wskazujący. Nie ma gumowych rękawiczek. Zupełnie inaczej niż ja, która stoję gdzieś w połowie pomiędzy kobietami. Ja trzymam dystans, ale nie mam maseczki, za to mam jednorazowe rękawiczki. To znaczy jedną rękawiczkę założoną teraz na prawą dłoń. Wszyscy klienci sklepu, a jest ich ze mną pięcioro, więcej osób do środka podczas epidemii nie wejdzie, widzą moją jedyną rękawiczkę, ponieważ właśnie podnoszę ją do góry. Koszyk postawiłam przed kasą i teraz nie wiem, którą ręką powinnam wyjąć z niego zakupy: tą bez rękawiczki, czy tą w rękawiczce. Przypominam sobie, że mam drugą rękawiczkę w kieszeni, ale nie wiem, którą ręką powinnam ją wyjąć a potem założyć. Zostawiam rękawiczkę w kieszeni i wykładam wreszcie zakupy z koszyka dłonią bez rękawiczki a potem portfel chwytam dłonią w rękawiczce. Aha, więc teraz mam już brudny i portfel, i kartę kredytową. Na wszelki wypadek sprawunki chowam do torby dłonią w rękawiczce, bo nie pamiętam, którą dłonią dotykałam ich wcześniej. Zresztą dłonią bez rękawiczki dotykałam już koszyka. Teraz powinnam go odstawić. Trzeba by go złapać, ale którą ręką? Tą, którą trzymałam go wcześniej, czy tą, którą złapałam go później? Ponieważ już wszystko mi się pomieszało zdejmuję rękawiczkę, chowam do kieszeni, odstawiam koszyk, wychodzę ze sklepu. Spokoju jednak nie daje mi myśl o tamtej pani, co żuła włosy. Stała tak blisko, że powinnam poczuć jej perfumy, ale ich nie poczułam. Albo ich nie użyła, albo ja jestem już zarażona koronawirusem, bo jednym z objawów jest nieodczuwanie zapachów. Prawie wpadam w panikę, jednak w ostatniej chwili przypominam sobie o drugiej, czystej rękawiczce, którą mam ciągle w kieszeni. Zakładam ją błyskawicznie i ufff, jestem bezpieczna.

Upić się

– Dzień dobry – mówię wchodząc do dawnego mokotowskiego warzywniaka, dziś handlującego wyłącznie alkoholami. – Czy jest Ballantine’s?
– Jest – odpowiada przemiła pani właścicielka – jest zero siódemka.
– Czy zero siódemka jest największa? – upewniam się.
– Nie, są jeszcze litrowe butelki. Tylko u nas akurat ich nie ma
– W takim razie – tłumaczę przepraszająco – ja jeszcze poszukam w innym sklepie tej większej. Bo wie pani…
– robię krok do przodu, żeby się przybliżyć, lecz zaraz sobie przypominam, że nie wolno – Wie pani, na trzeźwo się nie da.
– Żeby pani wiedziała! – wykrzykuje pani właścicielka ze zrozumieniem – Wie pani, ilu klientów, takich, których znam od lat, takich, którzy nigdy alkoholu do ust nie brali, przychodzi i kupuje, żeby zacząć pić teraz? Ludzie nie dają rady.
I dlatego właśnie postanowiłam codziennie upijać się wesołymi piosenkami, zalewać się kilkuminutowymi haustami wyparcia, pomiędzy strachem, pracą, smutkiem i złymi wiadomościami będę pompować w siebie hektolitry muzyki, sponiewieram się basami, zbetonię rytmami aż zerwie się film.

Eksperyment

Siedziałam dziś po południu ze znajomymi i rozmawialiśmy. I wcale nie o koronawirusie. O filmie, teatrze, literaturze, pedofilii, podróżach a potem o koronawirusie. I jeden znajomy powiedział, że koronawirus jest genialny, bo potrafi przebiegać bezobjawowo i dzięki temu przetrwa i że ewolucja ciągle próbuje różnych ścieżek i niektóre z jej eksperymentów są udane a niektóre są nieudane i muszą umrzeć. I wtedy pomyślałam sobie, że to ciekawe, bo zupełnie inaczej jest ze sztuką. W sztuce także potrzebne są eksperymenty, ale nie ma znaczenia czy są udane, czy nie, bo same w sobie stanowią istotę sztuki. Ale potem pomyślałam sobie, że nie ma ewolucji bez eksperymentowania, więc jednak istotą ewolucji, prócz przetrwania jest, tak samo jak w sztuce, eksperymentowanie, bo ono zapewnia przetrwanie. A potem przyszło mi do głowy, że przecież ja jestem eksperymentem ewolucji. Nie lubię o tym pamiętać, bo jest mi wtedy niewygodnie. Wygodnie jest nie myśleć. Wygodnie jest się przyzwyczaić, choć się nie powinno. Powinno się być eksperymentem świadomie uczestniczącym w eksperymencie. Czy jeśli człowiek podlega ewolucji, może w niej uczestniczyć świadomie? Skoro jestem tworem ewolucji, czy powinnam zachowywać się jak proces i ewoluować? Mogłabym, tylko, że ja się nie bardzo lubię ruszać. Lubię siedzieć w wygniecionym fotelu, nosić ułożone do nogi buty i mieć spokój. I najpierw pomyślałam sobie wtedy – a był to moment, w którym właśnie żegnaliśmy się ze znajomymi nie podając sobie zresztą rąk – że spokój nie może być częścią eksperymentu, bo jest sprzeczny z rozwojem. A potem jednak pomyślałam sobie, a szłam wtedy po ulicy szukając przystanku autobusowego, że spokój, owszem, jest częścią eksperymentu. Jest jego zakończeniem. Był to zresztą moment, w którym zdecydowałam nie jechać autobusem, którego trasy nie znam i wsiąść do tramwaju, żeby dojechać do metra, bo metrem lubię jeździć najbardziej. Tak – pomyślałam wtedy przejeżdżając na moją stronę Warszawy – przyzwyczajenie zabija eksperyment. I wtedy przypomniałam sobie o sztuce, że jednak ze sztuką jest tak samo jak z ewolucją. Eksperyment ją rozwija, jest jej istotą, i w dodatku eksperyment nawet najbardziej udany przestaje być dość szybko nowy, ponieważ staje się przyzwyczajeniem. W ten sposób eksperyment zostaje zniszczony i potrzebny jest nowy eksperyment, który będzie przeciwdziałał osłabiającemu przyzwyczajeniu. Czyli sztuka działa podobnie jak ewolucja. Ewolucję także osłabia przyzwyczajenie.
Na wysokości słowa „przyzwyczajenie” zjechałam schodami ruchomymi do metra i weszłam na peron. Wokół pełno było ludzi. Wstawali z ławek i podchodzili do wagonów. Przedzierałam się przez tłum, żeby dotrzeć do ukochanego ostatniego wagonu, jeżdżę tylko ostatnim wagonem. I nagle zobaczyłam znajomego. Bardzo ucieszyliśmy się na swój widok i natychmiast uścisnęliśmy sobie ręce, choć z powodu koronawirusa nie powinniśmy. I właśnie wtedy przyszło mi do głowy pytanie: czy na pewno było to przyzwyczajenie a może jednak był to eksperyment?

© 2020 Ewa Jałochowska

Theme by Anders NorenUp ↑

Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial