Ewa Jałochowska

Historyk sztuki, pisze książki

Tag: kobieta

Pod płaszczem

Dzień był szary. Z chodników szarość wędrowała na schody. Wspinała się i schodziła zajmując miasto w pionie i poziomie. Przechodniom wślizgiwała się do półbutów, wciskała pod rajstopy i kalesony, obejmowała majtki. Brody szarzały im i berety. W szarym berecie stał na ulicy mężczyzna. Na wózku inwalidzkim siedziała przed nim staruszka, znacznie bardziej szara od niego, w kapeluszu na głowie, w płaszczu eleganckim, pończochach, półbutach, apaszce szarzejącej. Prawą dłoń wyciągnęła przed siebie i wyprostowała palec. Wózek ruszył.
– Szybciej – zawołała staruszka do szarego mężczyzny – Szybciej! Jeszcze szybciej!
I chociaż wózek gnał, mogłabym przysiąc, że stanik pod płaszczem miała czerwony.

Sam Muk

Chciałam napisać coś innego. Wyzłościć się, wydobyć pazury i rozszarpać tę opowieść na strzępy. Ale pomyliłam się. To jest dobra opowieść, prawdziwa a z prawdą kłócić się nie należy. Kobieta, Sam Muk, pokochała mężczyznę. Nie miłość, lecz różnica klas okazała się decydująca dla ich losu. Rodzice lepiej urodzonego mężczyzny nie zgodzili się na ślub. Zrozpaczona kobieta popłynęła na samotną wyspę, wspięła się na wysoką górę i rzuciła na śmierć. Po zgonie ciała, jej duch zamieszkał w głębokiej jaskini, gdzie pilnuje złotych naczyń i pożycza je tym kobietom, które o naczynia na wesele modlitwą poproszą. Kobieca lojalność. Biedna dusza udręczona pomaga innym biednym kobietom. Ale, to, co mnie w pierwszej chwili zirytowało, to niesprawiedliwa ocena mężczyzny. Przecież jego w tej opowieści nie ma. Nie istnieje a przecież kochał. Chyba kochał. A zatem ta historia to potwarz. Mężczyźni nie są tacy, ukochany walczyłby o swoją ukochaną. Tak chciałam napisać, bo przecież znam mężczyzn. Oni są zawsze w porządku i nigdy nie zależy im jedynie na pieniądzach, nigdy nie zależy im na pozycji, zawsze wybraliby… Tak chciałam napisać, ale nie napisałam.

Lekarz poprosi

Kobieta ubrała się w pustym gabinecie. Skarpetki spocone, wilgotne, na stopy od palców. Spodnie, pasek. Buty. Zdjęła torebkę z wieszaka, gdy na biurku lekarza rozdzwonił telefon. Nie powinna odbierać. Nie powinna. Stanęła niezdecydowana. Telefon brzęczał. Zastanawiała się jednak zbyt długo, bo gdy pochyliła się nad słuchawką, ta umilkła. Jej karta leżała na stole. Kobieta zagryzła wargi. Odsłoniła pierwszą stronę, drzwi jednak otworzyły się i uderzyły klamką o ścianę. Pielęgniarka była wściekła, lecz widząc pacjentkę w pustym gabinecie stanęła zdezorientowana.
– Gdzie lekarz? 
- Kobieta wzruszyła ramionami i skierowała się do wyjścia z żalem pozostawiając zapis choroby. Nie zdążyła przeczytać ani słowa. Na ulicy wyjęła telefon, schowała się za drzewem. Nie najbliższym, lecz trzecim z kolei.
– Dzień dobry, chciałabym umówić się. Do lekarza. Na wizytę. Na jutro? Sprawa jest pilna, nie można dzisiaj? Jestem akurat w okolicy.
Podała imię i nazwisko i spokojnie, jakby nigdy nic weszła do przychodni, którą kilka minut wcześniej opuściła.
– Proszę poczekać przed gabinetem na końcu korytarza – poinstruowała ją pielęgniarka. Nie mogła rozpoznać kobiety, bo głowę zanurzała właśnie w szufladzie i przebierała palcami po kartach jak po klawiszach fortepianu – lekarz poprosi.

Lekarz siedział za biurkiem i przeglądał kartę. Jej kartę. Zdziwiony patrzył to na jedną, to w drugą. Pokazał krzesło, wysłuchał dolegliwości i kazał się rozebrać.
– Od pasa w dół i proszę na fotel.

Kobieta posłusznie rozebrała się. Przebieralnia była w innym rogu gabinetu, bo gabinet był inny i lekarz. Tylko karta była jej i ona wciąż była sobą. Rozłożyła nogi i popatrzyła w sufit. Pomyślała jeszcze tylko, że zawsze w niego patrzy i nigdy tak naprawdę go nie widzi. I stało się to samo, co zwykle. Lekarz wsunął dłoń do jej wnętrza. Cicho jęknął. Uderzył kolanem w szafkę i zrzucił na podłogę metalowe rozwieraki. Fotel ginekologiczny, na którym leżała ona, przesunął się kawałek. Przez chwilę na zewnątrz wystawały jeszcze dwa włoskie, ciemnobrązowe buty. Ale z nimi także sobie poradziła. I lekarz znikł, pożarty przez jej macicę. Kobieta zeszła z fotela i ubrała się w pustym gabinecie. Skarpetki, spodnie, pasek, buty, telefon, pielęgniarka, torebka z wieszaka. Kobieta stanęła za trzecim drzewem i wybiła numer telefonu.
– Nie, proszę pani. Dzisiaj nie ma już lekarzy przyjmujących. 

Kobieta spacerem dotarła do domu. Było jej ich żal, jednak nic nie umiała na swoją dolegliwość poradzić. Przecież chodziła z nią do lekarza. Prawie codziennie. I nie była się w stanie niczego dowiedzieć. Żaden lekarz nie przeżył nawet badania, nie mówiąc już o wypełnianiu karty. Co mieliby do niej wpisać, skoro wcześniej ona ich, jej macica ich połykała. Nie mieli czasu. Kobieta zostawiła naczynia, wytarła ręce i usiadła na kanapie. Coś zauważyła dzisiaj, coś ważnego. Gabinet pusty, pielęgniarka biała, fotel metalowy, buty włoskie. Już wiedziała. Wiedziała, ale nie rozumiała. Skoro nikt nie zdołał jej zbadać do końca, dlaczego jej karta była taka gruba?

Puntianak

Indonezyjski i malezyjski duch-wampir, który mieszka nad brzegiem rzeki i przybiera kobiecą, wyjącą przeraźliwie, postać z zakrwawionym kroczem. Puntianak jest duchem kobiety, która zmarła w czasie porodu. Nienawidzi mężczyzn, którym objawia się pod postacią pięknej niewiasty. Zwabiwszy nieszczęśnika w pułapkę obrywa mu genitalia. Najczęściej jednak nawiedza ciężarne. Która ujrzy Puntianaka, ta urodzi martwe dziecko. Klątwie zapobiec może jedynie ofiara z kury złożona nad rzeką. Według ludowych podań Puntianak nie zawsze jest kobietą, może pojawiać się także pod postacią kruka, który przenika do ciała ciężarnej kobiety i prowokuje poronienie, lub pod postacią sowy, przepowiadającej nieszczęście. Gdy więc w czasie porodu umiera kobieta, jej włosy przybijane są przez rodzinę do trumny, żeby nie była w stanie wstać z grobu i jako duch Puntianak szkodzić ludziom.

© 2018 Ewa Jałochowska

Theme by Anders NorenUp ↑

Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial