Ewa Jałochowska

Historyk sztuki, pisze książki

Tag: japonia (strona 1 z 2)

Tanuki

Działo się to pewnego deszczowego wieczora. Krople odskakiwały od parapetu i lądowały prosto w błocie, na które padało nienaturalne światło telewizora mrugającego w przyzakładowej świetlicy. Wewnątrz świetlicy nikt w telewizor nie patrzył ani lektora nie słuchał. Robotnicy po zmianie, w kapciach, dresowych spodniach i luźnych, powyciąganych swetrach, obsiedli jeden tylko stolik. Karty odłożyli na bok i z ciekawością przyglądali się naczyniu, które kolega wniósł przed chwilą do seledynowej sali i postawił z dumą przed nimi.
– Nazywa się to samowar – opowiadał.
– Skąd go masz? – pytali jedni.
– Z lasu. Poszedłem a on we mchu sobie leżał.
– I do czego on służy? – pytali drudzy.
– Jak to do czego? – odpowiadał mężczyzna – do parzenia herbaty!
– Do herbaty – dziwili się robotnicy zgromadzeni wokół – to na co czekasz, zaparz ją nam!
– A zaparzę – powiedział mężczyzna i zaczął pociągać nieśmiało za wszystkie pokrętła po kolei. Od razu stało się jasne, że nie ma pojęcia jak naczynie uruchomić. Widząc złośliwe uśmiechy żachnął się:
– Do jasnej cholery, lepiej byście… – nie zdążył dokończyć zdania, bo samowar zatrząsł się, prychnął, syknął i puścił parę, która, gdy opadła, odsłoniła oczom zgromadzonych włochate zwierzątko, ze śmiesznym ryjkiem, który musiał być wcześniej kranem do nalewania wody a nóżki zwierzęcia wyglądały jak te, na których jeszcze przed chwilą stał srebrny samowar.
– Ki czort! – zakrzyknęli mężczyźni i już mieli wyciągnąć ramiona, żeby zwierzaka ucapić i do blatu stołu przygwoździć, lecz ten był szybszy. Czmychnął ze stołu na kolana, z kolan pod stół, spod stołu, pomiędzy kapciami na parapet, z parapetu przez lufcik, z lufcika do kałuży i z powrotem do lasu, w mech.
– I co teraz? – zapytał jeden z mężczyzn patrząc w okno niepewnie.
– Jak to co? – odparł były już właściciel samowara – po herbacie.

Na ilustracji znajduje się tanuki, psotnik i kpiarz, bohater japońskich opowieści ludowych, który, jak wierzono, potrafił zamieniać się w kociołek. Autorem jest Katsushika Hokusai, połowa XIX wieku.

Bogini miłosierdzia (Guan Yin)

Słońce za oknem stało wysoko, jednak w pokoju wciąż panował półmrok. „Znowu nie zadzwonił”, pomyślał chłopiec otwierając oczy. Wstał, pociągnął zasłonę i zaczął rozglądać się za skarpetkami. Pod szafą leżała jedna. Drugą wyciągnął spod biurka. To nic, że w innym kolorze. Plecak, koszula, spodnie, książki, zeszyty. Rzeczy zbierał w biegu. Wczoraj budzik także nie dzwonił i przedwczoraj podobnie. Zostało kilka minut do wyjścia. Jeśli spóźni się na autobus, nie zdąży do szkoły. Zęby. Niech to szlag! Pasta na koszuli. W dodatku nie ma czystej. Mama znowu nie zrobiła prania. To nic. Założy brudną, byle pasty nie było widać. A niech ją nawet będzie widać, byle się nie spóźnić. Pieniądze na bilet.
– Mama, dasz pieniądze? – spytał zatrzymując się przy jej łóżku.
– Śniadanie zjadłeś? – spytała zamiast odpowiedzi.
– Nie zdążę!
Kobieta obudziła się już na dobre.
– Weź chociaż drugie śniadanie.
– Zmiłuj się! Jest za późno. Zaspałem.
Po chwili mama w szlafroku stała gotowa przy kuchni. Jedną ręką ścierała plamę z koszuli syna, drugą i trzecią kroiła chleb, czwartą nabierała na nóż masło, piątą i szóstą cięła ogórki, siódmą i ósmą nalewała wodę do czajnika a dziewiątą i dziesiątą pakowała kanapki do szkoły. Jedenasta zajęła się głaskaniem głowy chłopca.
– Pewnie, że się zmiłuję – powiedziała zamykając drzwi za synem – zawsze to robię.

Dorwać bogonga

Kilka dni temu w brytyjskim The Guardian ukazał się artykuł o zagrożonych gatunkach motyli, które po zimnym lecie 2012 roku były na skraju wyginięcia. Lato 2014 okazało się dla motyli szczęśliwie upalne i starania przyrodników z Wielkiej Brytanii przyniosły efekty. Motyle powracają a ja skończyłam pisać książkę i tylko pozornie te dwie informacje mają ze sobą niewiele wspólnego. Japończycy wierzą, że podążając tropem motyla, można rozwiązać starą zagadkę. Chodźmy więc jego śladem, bo w mitach i wierzeniach zajmuje on wyjątkowe miejsce. I może uda się przy jego pomocy połączyć dwie powyższe wiadomości.

Czytaj dalej

Baku

Noc ciemna. Wiatr za oknem. Gałąź uderza o parapet i płoszy śpiące po kątach złe sny. Przebudzone w środku nocy mrużą oczy i do światła księżyca wystawiają krzywe pyski. Niektóre toczą pianę, inne kuleją, na podłodze pozostawiając krwawe ślady. Niektóre biegną w panice. Ciągną za sobą noże i pogrzebacze, po kieszeniach chowają wyrzuty sumienia i zamki, które nie zamykają żadnych drzwi. Przez te niedomknięte wchodzą złe roboty, niosą pochodnie i wilcze jagody. Pełzają po podłodze, wspinają się po prześcieradle, jak mrówki obsiadają poduszkę, wciskają się do uszu, pod kołdrę i pod powieki. I wtedy wkraczam ja, trochę lew, trochę tygrys, trochę koń, czyli dobry duch Baku. Śpicie i nie czujecie, jak lepkim jęzorem zlizuję z was najmroczniejsze koszmary. I nie wiecie, że jeśli potem przyśni się wam coś dobrego, to dlatego, że kropelka mojej słodkiej śliny stoczyła się wam do ucha.

Bimbogami

Chata była nędzna, ale nie waliła się a to już coś. Na podłodze, przy niewielkim, drewnianym stole siedziało dwóch mężczyzn. Jeden z nich kiwał się znudzony. Drugi odwracał od niego głowę i gniewnie wspierał dłonie na udach. Mruczał coś pod nosem rozdrażniony:
– Przyrósł chyba do tej podłogi! Wrósł w nasz dom, jak korzeń.
Mruczał i wodził oczami za kobietą. Ona także nie patrzyła na kiwającego się w przód i w tył mężczyznę, lecz przez zaciśnięte usta warczała:
– Już za wiele! Ile lat można.
W lewej dłoni trzymała worek i wkładała do niego miski wyszczerbione biedą. Gdy wór był pełny i ciężki, podeszła do starca, niewzruszenie patrzącego w dal.
– Zabieraj się stąd Bimbogami! Już cię ścierpieć nie mogę! Od ilu lat siedzisz przy naszym stole i rzucasz cień na nasze życie? Odejdź!
Mężczyzna ziewnął i chwycił worek. Uniósł się lekko na kolanach. Mąż i żona nie czekali jednak aż sam wstanie. Już chwytali go za ramiona, już prowadzili w stronę drzwi. Przesuwali je i zamykali z powrotem. Żona rozpłakała się ze szczęścia a mąż odetchnął, jakby ktoś ściskał go wcześniej zbyt mocno.
– Siądź mężu przy stole – powiedziała uroczyście żona – będzie zupa.
Mąż zrobił dwa kroki, lecz zatrzymał się nagle.
– Oddałaś mu stare, popękane miski?
– Oddałam.
– Kiedy kupisz nowe?
– Jutro.
– W czym więc zupę zjemy dziś?
Mąż i żona bez słowa podeszli do drzwi. I nawet nie musieli wołać. Bimbogami, bóg nędzy, stał, jak go zostawili, ze starymi miskami w wyciągniętych dłoniach. Przeszedł przez próg i już był z powrotem.

Oni

Była spóźniona. Bardzo. Cały poranek budzik krzyczał do niej, że „czas najwyższy zwlec się z wyra”, na swój hałaśliwy i męczący sposób. Wessała jego dźwięki w sen, przerobiła w podświadomości, ale nogą nawet nie ruszyła. Powieka jej nie drgnęła, chociaż pewnie drgnęła, tylko tak się mówi, że nie. Drgnęła pewnie niejedna zresztą. Wreszcie wstała, coś tam sobie umyła. Siadła przed lustrem z kawą i patrzyła na twarz. Szminka leżała obok, lakier do paznokci, tusz do rzęs, szczotka.
– Znowu – jęknęła – znowu od początku.
Gdyby ust nie pokolorowała, wszyscy dostrzegliby ich niezwykły rozmiar. Zorientowaliby się za szybko. Mogą i powinni, ale nie tak od razu. Po czerwonej szmince, lakier na paznokcie. Ich długość też lepiej ukryć. Niech sobie myślą, że łatwa zdzira z czerwonymi pazurami wychodzi do pracy na dzienną zmianę. I wreszcie tusz czarny na rzęsy. Na pierwsze oko, na drugie oko i na trzecie. Z trzecim zawsze jest kłopot. Duże usta, długie paznokcie, nawet rogi na głowie można schować, przyczesać, beretem przykryć, ale trzecie oko najtrudniej. Pod grzywkę można, ale co będzie, gdy wiatr zawieje na przystanku? Od razu wszyscy zobaczą, że demon Oni pośród nich stoi. I cały makijaż szlag trafi. I znowu będzie trzeba po jednej duszyczce z chodnika porywać. A w tramwaju to by wystarczyło sobie w tłoku kichnąć, żeby wszystkich świństwem zarazić. Od toaletki wstała, drzwi kluczem zamknęłą i po schodach po dwa biegnie, żeby na tramwaj zdążyć, co na przystanek zaraz wjedzie, bo wiatru dzisiaj nie ma.

Japoński biały wąż

Zapłaczcie dzisiaj nade mną, jako i ja płaczę nad swoim losem. Żyłem samotnie a teraz samotnie umieram. Mieszkam na dnie oceanu, w ciemnej jaskini, gdzie wieczną noc rozświetla mi jedynie wspomnienie pięknych pereł, których zobaczyć nie mogę z powodu ciemności. Nie znam swojego imienia, nikt mi go nigdy nie zdradził, a ja zbyt nieśmiały byłem by kogokolwiek pytać. Ile razy chciałem wyjść na brzeg, wygrzać na słońcu wężową skórę, ludzie pierzchali z krzykiem, mówiąc, żem potwór. Gdy wynurzałem łeb z wody, prosząc, by zabrali perły i posąg, co mi w jaskini niczemu nie służą, tyle razy przysyłali do pożarcia czternastoletnie dziewczę. Jakże żal mi było jej drżacego ciała. Ludzkie mięso mi wcale nie służy, mam po nim zgagę i straszne boleści, które męczą mnie tygodniami. Jednak daru odrzucić nie wolno. Obraziłbym tylko darczyńców i sprowadził na siebie ich gniew. Choć tyle dla nich zrobiłem, nigdy mnie nie pokochali. Ile razy wyłem, nikt nie zszedł w głąb morza z pomocą. Nikt z nich nie wstawił się za mną przeciw mej samotności. Nie chciałem już żyć, gdy więc dzisiejszego ranka, do mojej jaskini wśliznęła się zwinna jak wąż kobieta, pozwoliłem jej na to. Bez trudu podkradła się do mnie, a ja czekałem na nią, wiedząc, że nic dobrego mnie z jej dłoni nie spotka. Otworzyłem ślepia szeroko, by w jedno z nich mogła z łatwością wbić sztylet. Mimo bólu paszczę zamknąłem, oczu nie mogłem, bo tkwiło w nich ostrze. Posłusznie drugi cios przyjąłem, wymierzony w serce. Przede mną ostatnie minuty. Zaraz wyciągną mnie na brzeg, żeby świętować zwycięstwo nad złym duchem, zamkniętym w białej skórze węża.

Tsuchigumo

Jak zaczarowany szedł za kobiecym śpiewem, wyobrażając sobie wszystkie przyjemne chwile, które czekają go, gdy tylko dotrze do śpiewającej piękności. Jej nogi długie i gładkie, jej szyję łabędzią, pochylającą głowę skromnie, oczy pokorne i posłuszne, skórę delikatną. Myślał o zakrytych jej partiach, które śpiew obiecywał przed nim odsłonić. Jeszcze tylko kilka kroków i zaspokoi pragnienie. Stanął przed nią, kobieta zamilkła i wyciągnęła w jego stronę śnieżnobiałe dłonie. Nie podnosiła oczu, lecz on nie bał się patrzeć. Stała przed nim skromność, czystość i delikatność. Szyja, szczelny szlafrok, wysuwające się spod niego kostki. Chciał coś powiedzieć, lecz ona rozchyliła usta pierwsza…
Zamarł. Powstrzymał odruch. Cóż to za zapach wydobywa się z jej pięknego ciała. Te gnijące resztki to nie może być ona! Odwrócił się do drzwi. Gdyby tylko miał chwilę na zastanowienie, gdyby tylko jej ręce nie wpijały się w jego ramiona tak mocno. Może wtedy zdołałby pomyśleć, ale myśl przez oddech się nie przedarła. Jej łabędzia szyja zamieniała się już w owłosiony odwłok, oczy w czarne, błyskające ślepia, nogi w monstrualne odnóża, usta w ostre szczęki, które pożerały właśnie jego głowę. Tsuchigumo, japoński pająk, powrócił do swej naturalnej postaci.

Stonoga

Hidesato stał z łukiem w dłoniach. Nie spuszczał wzroku z potwora, równego górom, w których zresztą mieszkał. Monstrum także dostrzegło wojownika. Skrzywiło paskudną mordę. „Aha!” zakrzyknęło złowieszczo i wysunęło w stronę Hidesato pierwszą nogę, potem drugą, trzecią, a potem czwartą, piątą, szóstą, siódmą i ósmą… Japoński bohater nie czekał aż na drodze pojawią się dziewięćdziesiąt dwie pozostałe nogi. Chwycił łuk, poślinił strzałę i zabił gigantyczną stonogę, zanim ta zdołała pożreć jego.

Kot o zimnym sercu

Kot, koteczek, bohater internetowych memów, nie wszędzie budzi macierzyńskie uczucia. Dla Malezyjczyków kot może ukrywać w sobie badi, czyli złego ducha. Gdy badi puszystą łapą dotknie zmarłego, może przeniknąć do jego ciała, przejąć nad ciałem władzę i ożywić jako upiora.
W Japonii panuje przekonanie, że koty mogą rządzić zmarłymi i demonami. Dlatego marynarze zabierali ze sobą na statek kota, aby chronił ich przed morskimi duchami topielców.
Koty są zwierzętami o nieludzkich mocach, złośliwymi i przeklętymi, które mogą stać się wielkie, gdy tylko zechcą i straszyć, przenikając przez ściany i krzywiąc pyski szkaradnie. Dlatego Japończycy mawiają: „Kiedy umarł Budda, nie zapłakał tylko kot o zimnym sercu”.

Starsze wpisy

© 2018 Ewa Jałochowska

Theme by Anders NorenUp ↑

Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial