Ewa Jałochowska

Historyk sztuki, pisze książki

Tag: hinduizm (strona 1 z 3)

Papa-puruśa (zły człowiek)

Niczym się od was nie różnię i na ulicy mnie nie rozpoznacie. Może to ja wczoraj wsiadałem przed wami do tramwaju albo ja stałem w tej samej kolejce? A może kupowałem z wami truskawki? I może to mnie pytaliście o godzinę i moją wodę kolońską czuliście na ulicy, gdy przechodziłem obok. A potem spadł deszcz i ponieważ nie wziąłem z domu parasola, wyglądałem żałośnie z ociekającą głową i czarnymi plamami na spodniach. Nie baliście się mnie, tylko uśmiechaliście się do mnie serdecznie, bo nie rozpoznaliście kim jestem. Nie mogliście. Nie bylibyście w stanie. Już mówiłem, że niczym się od was nie różnię. Nie noszę rogów na głowie. Ogon mi do kolan nie zwisa. W skórzanych butach nie chowam kopyt. Nie zieję ogniem, chociaż pewnie bym chciał, podobnie jak wy. Nie mam mocy sprawczej. Niszczącej także nie. Bywam zazdrosny jak każdy. Miewam nieczyste myśli jak wszyscy. Jedyna różnica między nami jest taka, że ja nie mam w sobie dobra. Ani odrobinki, ani okruszyny. Nic. Ale czy to znaczy, że jestem zły?

Rawana

Opowiem wam o chwili, która odmieniła moje życie. Czy jej żałuję? Wiedząc, że za chwilę umrę, widząc strzałę Bramy, jedyną, która zdoła mnie zabić, co stanie się już za chwilę? Nie, nie żałuję, chociaż byłem kimś. Kimś niezniszczalnym. Demonem o dziesięciu głowach, ramionach dwa razy liczniejszych, zębach ostrych jak sztylety. I byłem niepokonany. Głowy odrastały a ja mogłem przybrać każdą postać, jaką chciałem. Dymu? Rozwiewałem się. Kamienia? Twardniałem. Martwego? Na chwilę umierałem. Władcą demonów byłem, wszystkie rakszasy miałem na swe zawołanie. Kobiety brałem, ludzi mordowałem. Byłem królem. Ani człowiek ani bóg nie mogliby odebrać mej potęgi. Aż pewnego dnia zobaczyłem ją… Nie. Nie kobietę. Kobietom nic do tego. Zobaczyłem puszpakę, pojazd, latające marzenie. I chwila, w której pokochałem maszynę stała się początkiem mojego końca.

Behula

Behula jest wzruszona. Patrzy na dłonie całe w odciskach. Sama nimi drzewa ścinała, sama je gwoździami łączyła, sama na wodę tratwę rzucała i sama zwłoki męża na niej kładła. Pewnie, że wolałaby, żeby żył, ale umarł. Płakała więc, gdy mąż na tratwie odpływał i płakała, gdy odpłynął. Też sama. Ale teraz już nie płacze. Znowu siedzi nad brzegiem strumyka, patrzy na dłonie i na butelkę, którą w nich trzyma. Ta butelka jest darem losu. Darem bogini Manasy. Wystarczy, że Behula skropi ciało męża, które w dole rzeki odnalazła i które na tratwie przed nią leży, żeby śmiertelny jad węża swe działanie stracił i śmierć skończyła nad zmarłym panowanie. Behula wie, że wystarczy kilka kropli i życie do ciała powróci. Otwiera butelkę i zamyka. Zamyka i otwiera ponownie. Wie, że nawet jeśli tym razem męża uratuje, on kiedyś i tak będzie musiał umrzeć. I wtedy co? Przeżywać wszystko jeszcze raz? Behula będzie musiała zdecydować. Sama.

Dakini

Od lat się staram. Wychodzę z domu rano i obserwuję. Najpierw wypatruję tych słabych, szukam zająców i królików pośród ludzi, tych trwożliwych, którzy nie będą się bronić, którzy odwracając oczy, boją się mojego spojrzenia. Potem się rozochacam. Patrzę na silniejszych, jestem wyzywająca, śmielej stawiam kroki. Nie odwracam już głowy, pozwalam instynktowi przebudzić się. Mija dzień a ja chodzę głodna. Im bardziej nogi mnie bolą, tym bardziej drapieżne stają się moje myśli. Nie będę wybierać przeciętnych, od razu uderzę w tych mocnych, w tych, którzy na ulicach atakują mnie spojrzeniami, którzy rozpychają się obecnością. O zachodzie słońca decyduję się właśnie na nich. Podążam za nimi, wietrzę zapach, kryję się po ulicznych kątach, we wnękach, za drzewami. Wreszcie po całym dniu chodzenia mam w sobie tyle determinacji, że mogę uderzyć, przyspieszyć, dogonić, skoczyć, przewrócić, odsłonić szyję, ugryźć rękę, przerwać skórę i chłeptać krew. Biegnę więc, skaczę, zwyciężam, powalam, siadam okrakiem, odsłaniam. I zawsze wstaję. I zawsze odchodzę. Zawsze puszczam wolno. Bo nigdy nie będę dakinią, demonem bogini Kali, który żywi się ludzką krwią i mięsem.

Gatotkaca

W poniedziałki rano park był pusty, więc mężczyzna najbardziej lubił park właśnie w poniedziałki. Przechadzał się po nim powoli, podpierając się laską. Szybciej i tak nie mógł, miał przecież ponad dziewięćdziesiąt lat. Ławek ulubionych miał kilka, dzisiaj jednak postanowił wybrać tę stojącą przy bocznej ścieżce. Zbliżył się do niej i zaskoczony zobaczył, że w pustym parku, na jego ulubionej ławce leży kamizelka, czarna z promiennym słońcem wyhaftowanym na przedzie. Rozejrzał się, lecz nie dostrzegł jej właściciela. Usiadł więc tuż przy niej i wsparłszy dłonie na lasce odpoczywał z przymkniętymi oczami. Zmarzł jednak w swym flauszowym płaszczu. Marzec był wyjątkowo zimny tego roku. Na trawnikach wciąż jeszcze leżał przecież śnieg. Otworzył oczy.
– Wygląda na ciepłą i czystą – powiedział sobie i jeszcze raz się rozejrzał. Zdjął płaszcz i założył kamizelkę. Słońce wyhaftowane na piersi jaśniało i staruszkowi wydało się, że jest mu znacznie cieplej. Od kamizelki przenikała go tak wielka siła, że mężczyzna odrzucił laskę, wzbił się w powietrze i poleciał ku górze. Tak mocny nie czuł się od czterdziestu lat. Co tam czterdziestu! Nigdy tak silny się nie czuł. Popatrzył z góry na pusty park, na ławkę, płaszcz i laskę. Nie. Nigdy więcej nie będzie ich potrzebował. Nie jest już emerytem i nie ma dziewięćdziesięciu lat. Na imię ma teraz Gatotkaca i jest hinduskim bohaterem o mięśniach ze stali i magicznej mocy nadanej mu przez zaczarowaną kamizelkę. Wykonał spiralę, wszedł w beczkę i wylądował z powrotem na chodniku. Pospiesznie zdjął kamizelkę i ułożył na ławce. Założył płaszcz i podpierając się laską powędrował do domu.
– I co? – zapytała żona zamykając drzwi za staruszkiem – Co dzisiaj przytrafiło ci się w parku?

Mada

Właściwie mógłbym powiedzieć wam prawdę, że stworzył mnie Chyavana, że miałem pokonać boga Indrę, że miałem cztery kły i byłem demonem, zabójczą bestią. Albo mógłbym też skłamać i powiedzieć, że miałem dziesięć kłów i dwanaście nóg, że powstałem z grudki błota wydobytej z wody przez boga Śiwę. Albo, że jestem świnią z dwiema głowami i mam tak ostre kopyta, że rozgniatam na miazgę każdego, kto sprzeciwi się woli mojej śnieżnej pani. Albo, że mam ostre szpony i żelazny dziób, tak precyzyjny jak chirurgiczne nożyce. Wyjmuję nim ofierze wątrobę a potem dopiero serce. Albo mógłbym jednak zdecydować się na prawdę i przedstawić siebie jako bohatera eposu hinduskiego Mahabharaty, który ma szczęki tak mocne i rozłożyste, że mógłby połknąć cały wszechświat. Lub mógłbym powiedzieć jednak, że jestem tygrysem napadającym we śnie i zatapiającym w kobietach kły. Cztery kły, dziesięć kłów, sto. Albo, co sobie będę żałował! Powiem, że mam ich tysiąc. Bo prawda jest taka, że mogę powiedzieć wszystko. Tylko po co? Zabijam błyskawicznie. Nie zdążycie spostrzec, jak wyglądam.

Wirabhadra

Kolejny już dzień muszę patrzeć na wasze zdziwione twarze. Zdejmujecie buty i płuczecie stopy. Wchodzicie do świątyni przestępując próg, wąchacie zapach kadzideł i curry, kłaniacie się Śiwie, kucacie i jecie przygotowane przez kapłanów jedzenie rozłożone na zielonych liściach. Tacy jesteście cisi i posłuszni. Tacy zwyczajni. Macie dwie ręce, dwie nogi, oczy i nos. Macie w sobie wszystkiego po trochu, złości, miłości, pretensji i zazdrości. A ja z moim tysiącem ramion, z tysiącem oczu, z tysiącem stóp, z ostrymi rogami wystającymi z tułowia budzę waszą grozę. Patrzycie na mnie i wspominacie, jak zanurzyłem palce w oczodołach boga słońca i rozgniotłem mu gałki, jak obciąłem ramiona boga ognia, jak stanąłem stopą na bogu księżyca, aż pękł pod moją podeszwą i musiałem wetrzeć go w podłogę. Zerkacie na mnie ze strachem, bo stworzył mnie sam bóg Śiwa i przelał we mnie całą swoją złość. Jestem tak wielki, że gdybym się wyprostował rozwaliłbym dach i całą świątynię. Powyłapywałbym was jak pchły. Dopóki się jednak bóg nie gniewa, jego złość nie jest mu potrzebna. Dopóki Śiwa jest spokojny, wy jesteście bezpieczni i patrzycie na mnie z góry. Patrzycie jak Wirabhadra zamiata w świątyni podłogi, w każdym z tysiąca ramion trzymając szufelkę a wy rzucacie mu pod tysiące stóp resztki jedzenia, żeby miał co sprzątać.

Loha-mukha

Dzień pochmurny, deszczowy. Błoto pod nogami wciska się pomiędzy palce, oblepia pięty i wysycha na łydkach. Koszula lepi się do ciała. Dreszcze przebiegają pod nią jak mrówki. Drogę wypełnia ciężka borowina, która przywiera do sandała ze wszystkich stron i ciągnie nogę w dół, do ziemi. Stopom przybywa kilogramów i to akurat w chwili, gdy powinny poruszać się szybciej, bo na horyzoncie pojawiają się czarne kształty loha-mukha. Jednonogie stwory skaczą pociesznie. Ale tylko w pierwszej chwili nie budzą grozy. Gdy druga chwila nastaje, przed grozą nie można już uciec. Nogi oblepione torfem ciążą i ślizgają się. Loha-mukha skaczą wysoko, jak spężyny. Idą polem, więc nie zatapiają się w błocie. Ich żelazne twarze nie mają wyrazu. Rysuje się na nich tylko pewność, że dogonią z łatwością, że przywrą ustami, że zębami rozedrą a potem upiją krwi, żeby ukoić pragnienie. Zmęczyły się przecież skacząc. W ich oczach nie będzie widać współczucia, tylko głód i pogardę dla łomoczącego ze strachu, miażdżonego ich szczękami serca. Lecz gdy będą je już od ciebie odrywać, ty pamiętaj, że życie, które właśnie kończysz, jest tylko Mają, jedynie iluzją życia.

Makara

Wszyscy kpią sobie ze mnie. Ledwie zobaczą mnie już się śmieją. Szczerzę kły – na nic szczerzenie. Zagradzam drogę – na nic zagradzanie. Nie boją się mnie wcale. Jestem pośmiewiskiem. Moja długa, słoniowa trąba połączona z krokodylim ciałem wygląda cudacznie. Najgorsze, że łeb słonia i trąba przeważają. Nie mogę się na dwóch, krótkich łapach utrzymać. Muszę rybi ogon zadrzeć w górę, balansując w poszukiwaniu równowagi. Ten i ów dla żartu popchnie mnie lub przestraszy, czasem podstawi mi nogę. W dodatku, gdy już wydaję mi się, że stoję, zaczyna mną wstrząsać od środka. Krztuszę się i kaszlę. Pod gardło podchodzi mi żółć z żołądka. Oczy zachodzą krwią i pysk sinieje. Ci, którzy stoją u wrót świątyń hinduskich, których mam pilnować, mają ze mnie wtedy największą uciechę. Szydzą, że kocim kłaczkiem się dławię. Mówią, żebym zdychał, że nikt nad moim pokracznym cielskiem nie zapłacze. Upokarzają mnie. Gdyby którykolwiek z nich miał dla mnie współczucie i odrobinę cierpliwości, zamiast kpić, mógłby ramię do mojej paszczy wsunąć i zamiast żartować, usunąć blokadę, która mnie dusi. Jest nią bezcenna perła. Ona daje miłość wybranej kochanki. Ale żaden z nich nie chce pomóc. Dopiero, gdy po długim dniu stróżowania, przybywa po mnie Waruna, bóg oceanu, za uchem mnie podrapie, po pysku pogłaszcze.
– I co, Makara? – powie serdecznie – Znowu kpili z ciebie? I żaden nie okazał się godny prawdziwej miłości?

Behemot

Behemot usiadł na progu otchłani i zwiesił głowę. „Znowu to samo” myślał wyciągając spomiędzy słoniowych nóg banana. Podniosł trąbę i wsunął go sobie do pyska razem ze skórką. Obok lewej nogi, pośród poniewierających się owoców, leżała miska. Behemot przesunął ją lekko, aż zazgrzytała po betonowym chodniku, a potem zaczął liczyć:
– Pierwsza, druga, trzecia… Jeszcze dziesięć misek z budyniem – powiedział ze złością, wsadził trąbę i wysiorbał miękką, słodką masę z naczynia. W brzuchu bulgotało mu od hektolitrów zjedzonego już puddingu. Nie czuł się dobrze.
– Chyba zwymiotuję – poczuł powracający smak banana. Podrapał się trąbą po głowie. Pomiędzy nogami kręciła się natrętna mysz, podjadająca kulki z cukru i mąki.
– Tylko myszy mi tu brakowało – zapłakał i położył się na progu. Na plecach poczuł powiew bezkresnej otchłani. Z tęsknotą i żalem myślał, że nie może do niej zejść.
– Wyśmialiby mnie… Lewiatan i Ziz, bestie z dna ciemności. Wyśmialiby mnie… – szeptał zasypiając. A gdy już zasnął przyśnił mu się słoń, który chodzi na dwóch nogach, ma wielki brzuch i słoniową głowę. „Dziwne” myślał Behemot we śnie „wygląda zupełnie jak ja, ale nie jest mną”. Wtedy słoniowy łeb z wielkim brzuchem zwrócił się w jego stronę:
– I co? – mówił ze współczuciem i kiwał we śnie trąbą – znowu pomylili cię ze mną i zamiast ofiar dla Behemota, władcy chaosu, przynieśli ofiary dla hinduskiego boga nauki i umiejętności, Ganeśa?
Behemot pokiwał głową. Chętnie warknąłby na Ganeśa, popchnął go lub chociaż kopnął, był jednak zbyt najedzony, żeby nawet we śnie ruszyć nogą. Ganeś uśmiechnął się słoniowym, dobrotliwym uśmiechem:
– Wiem, wiem. Z brzuchem pełnym budyniu trudno być władcą ciemności.

Starsze wpisy

© 2018 Ewa Jałochowska

Theme by Anders NorenUp ↑

Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial