Ewa Jałochowska

Historyk sztuki, pisze książki

Tag: duchy singapuru (strona 1 z 3)

Duchy Singapuru w Pięciu Smakach

Wielka radość, bo w dniach 12 – 20 listopada, książkę „Duchy Singapuru” można kupić na Festiwalu Filmowym Pięć Smaków. Przegląd kina z Azji Wschodniej, Południowo-Wschodniej i Południowej odbywa się już po raz dziewiąty. W Warszawie i we Wrocławiu prezentowane jest ambitne kino azjatyckie, zarówno filmy premierowe, jak i obrazy klasyczne. Prócz projekcji filmowych festiwalowi towarzyszą wykłady z cyklu Akademia Azjatycka, spotkania z twórcami filmów, debata poświęcona sytuacji uchodźców w Polsce, koncerty, impreza DJ-ska w rytmach azjatyckiego rock’n’rolla. Można także kupić książki: „Wymiary kultury w twórczości Akiry Kurosawy” Joanny Zaremby-Penk i Marcina Lisieckiego, „Autorzy kina azjatyckiego. Tom II” pod redakcją Agnieszki Kamrowskiej, „Sześć widoków na kinematografię japońską” Dawida Głowni. I „Duchy Singapuru”. Dziękuję!

Zdjęcie pochodzi ze strony Festiwalu Filmowego Pięć Smaków.

Miłe słowa o „Duchach…”

Na blogu moznaprzeczytać.pl pojawiła się bardzo piękna recenzja „Duchów Singapuru”. Jej fragment poniżej:

„(…)Duchy Singapuru” Ewy Jałochowskiej to wyjątkowa, przepiękna i wartościowa opowieść. Mimo poruszenia niełatwej i kontrowersyjnej w naszym kraju tematyki, autorka zrealizowała swój oryginalny pomysł z lekkością, wdziękiem i elegancją. Było to nie lada wyzwanie, któremu bez wątpienia sprostała. Warto też wspomnieć o formie przekazu – lekkim stylu, ciepłym i dowcipnym oraz o doskonałej polszczyźnie. Do lektury „Duchów Singapuru” zachęcam i dzieci, i młodzież, i młodych (duchem, umysłem) dorosłych – ci pierwsi mogą odnaleźć w niej odpowiedzi na wiele nurtujących i pytań, a ci ostatni – na nowo odkryć w sobie dziecko. Jej lekturę (najlepiej – wspólną) szczególnie polecam rodzinom wielokulturowym i wielowyznaniowym; tym, które szukają swojego miejsca za granicą i tym, które zmagają się z problemem choroby, starości i śmierci. Jestem przekonana, że posiada ona terapeutyczną moc, pozwalającą zrozumieć sens trudnych życiowych doświadczeń i pogodzić się z nimi.(…)”

Ho ho! Serdecznie dziękuję za miłe słowa!

Zamzam

Obudziły go dwie krople na nosie. Nie była to jednak woda, za którą Kaj tęsknił, tylko łzy. Dwie kolejne, gotowe do lotu czekały na czarnych rzęsach dzieci. Zmartwione twarze Yin i Yanga wisiały tuż nad Kajem.
– On żyje. – Yin wstała z kolan, wytarła łzy i nos rękawem. Kaj uśmiechnął się w duchu, widząc płaczącą dziewczynkę. Ale zaraz spochmurniał, patrząc na sukienkę i chustę zawiniętą wokół jej głowy. Przypomniał sobie o owcach i całej tej historii ciągnącej się za dywanem jak nitka za starym swetrem.
– Co to za miejsce? – spytał, wstając. Nie pamiętał, co się wydarzyło wcześniej, ani jak wyszli z tajfunu. Pamiętał tylko, że zabrakło mu tchu.
– Jesteśmy w Mekce. – Yang także wstał. „Nieduży jak siostra”, przemknęło Kajowi przez głowę. „Nie kłócą się. Po raz pierwszy widzę ich razem w zgodzie”. Kaj stanął koło dzieci. Czuł się przy rodzeństwie wysoki i stary, bo górował nad nimi, wyższy o dwie głowy. Ale i bardzo młody, w porównaniu z nimi nawet niedojrzały. Yang mówił dalej:
– Nad nami jest Kaaba, świątynia Adama i Abrahama z Czarnym Kamieniem. – Pokazał sufit szerokiej sali.– Nad nami? – spytał Kaj zdziwiony. – Stoimy pod nimi? 
– Niedokładnie, dwadzieścia metrów dalej. Nie mógłbyś przybyć tu w miesiącu zul-hidżdżah, gdy trwa wielka pielgrzymka do świętego miejsca, którą kończy Święto Ofiarowania. Wtedy są tu tłumy!
– A, właśnie! – wykrzyknął Kaj, wystawiając palec. Słysząc o ofiarach, przypomniał sobie własne oburzenie.
– Święto Ofiarowania! – krzyknął i rozejrzał się po sali, słysząc echo. Niewiele w niej było prócz metalowej barierki zdobionej wzorami, które Kajowi coś przypominały, ale nie miał czasu zastanowić się, z czym mu się kojarzą.
– Wiele już rozumiem z waszej religii, jest jeden Bóg i jego prorok, którego słowa są dla was święte. – Kaj starał się mówić powoli, chociaż słowa nie chciały na niego czekać. Musiał siłą zmuszać je, żeby wyskakiwały wolniej.
– Rozumiem, że w waszym islamie jest wiele dobrego. – Chłopiec westchnął. – Jest miłość, jest pokój i jest potrzeba wspólnoty. Chociaż są też tacy, którzy uważają, że miłość islamu jest głęboko ukryta pod warstwą tradycji, która ją zmieniła i którą terroryści wykorzystują…
– Ale terroryści nie mówią językiem islamu, tylko udają – bronił się Yang.
– Właśnie! – znowu krzyknął Kaj. – Posłusznie was słuchałem, wyrzuciłem z głowy myśl o terrorystach jako tych złych, co nie słuchają lub nie rozumieją mądrych słów proroka, ale o owcach, o rytualnym uboju zwierząt nie mogę zapomnieć. Po prostu nie mogę. Nie mogę zapomnieć i nie mogę zrozumieć!
Kaj cały płonął. Trząsł się z rozżalenia. Zapomniał, że chciał zobaczyć Mekkę, zapomniał o wszystkim dobrym, czego się dowiedział i co spotkało go tej nocy. O dozorcy-sułtanie z magicznego lustra, o dywanie, który unosił go nad światem. Opuścił głowę. Wiedział, że nadchodzi, że wraca. Poczuł uprzedzenie, z którym znowu przegrywał. Nawet sukienka Yin przestała być ładna, a chusta na głowie dziewczynki stała się w tej chwili po prostu brzydka, chociaż wcześniej Kaj się nią zachwycał. Czekał, aż Yang coś powie. Wiedział, że tak będzie, bo chłopiec spojrzał na niego, uniósł brodę i popatrzył gdzieś daleko, jakby szukał myśli, jakby musiał ją gonić i sprowadzić na miejsce. „A może jego myśl jest nieposłuszna i wcale nie chce tu przybyć. Może jest rozbrykana jak dziki koń? Opiera się, walczy?”, zastanawiał się Kaj, obserwując chłopca. Wreszcie Yang znalazł to, czego szukał, i powiedział:
– Posłuszeństwo. O nim dziś mówiłeś, o posłuszeństwie. Jeśli w islamie składamy ofiarę w czasie Hari Raya Haji, nie robimy tego z nienawiści do zwierząt, ale po to, żeby okazać Allahowi, że jesteśmy mu posłuszni w każdym, nawet trudnym momencie wymagającym ofiary, ponieważ ufamy mu bezgranicznie. Nawet jeśli każe nam, jak kazał Abrahamowi, złożyć syna w ofierze, syna Izmaela…
– A nie Izaaka? – spytał Kaj, bo wiedział z Biblii, że Abraham miał złożyć w ofierze syna Izaaka, ale dłoń Boga go powstrzymała w ostatnim momencie.
– W naszej tradycji Abraham miał złożyć w ofierze syna Izmaela – powiedział spokojnie Yang.
– Przecież imię niewiele zmienia. Liczy się akt posłuszeństwa, zaufania i zawierzenia woli Allaha – dodała Yin.
– Nie chcemy nikogo skrzywdzić – kontynuował Yang. – Owce nie giną na marne, mięso dostają biedni. Przecież ty sam także jesz mięso, nie jesz samych warzyw.
Kaj nie odpowiedział. Znowu mieli rację, przecież jadł mięso zwierząt. Nie mógł z tym dyskutować. Czuł, że się nie zgadza na wszelkie zabijanie, ale jedząc kotlety, sam w nim bierze udział. Westchnął ciężko.Yin dotknęła jego ręki.
– Nam też nie jest łatwo, jest nam przykro, jak tobie, ale musimy być posłuszni, musimy zaufać woli Allaha, tak jak zaufała jej Hagar, służąca Abrahama, którą prorok Abraham wywiózł na pustynię z małym Izmaelem i zostawił samą – przemawiała Yin językiem dorosłych. „Jak  mówca lub jak ksiądz”, pomyślał Kaj. A dziewczynka mówiła dalej: – Nieszczęsna matka nie miała wody, by dać ją synowi. Siedem razy biegała od wzgórza do wzgórza, szukając źródła, gdy nagle anioł je przed nią odsłonił…
Kaj, który stał do tej pory na własnych nogach, usiadł na myśl o wodzie. Nie miał już siły. Siedział na dywanie ze zwieszoną głową i szukał w ustach śliny. Płakałby, gdyby miał czym, ale nie miał. Wysechł jak piasek pod nogami Hagar. Jak bardzo jej teraz zazdrościł, bo jej anioł pokazał wodę, ale on, Kaj, przecież nie wierzy w anioły. Kto pomoże jemu? Nie chciał się wcale kłócić z Yin i Yangiem, bo rozumiał dzieci. Zrozumiał, że w Święto Ofiarowania wierni są poddawani próbie, za każdym razem, każdego roku muszą wybrać i pokazać sobie, że są posłuszni Allahowi. Kaj zakrył twarz i skulił się na dywanie. Szeptał, że bardzo chce mu się pić, że już nie może, nie pił od ta dawna. Dłoń Yanga złapała Kaja i pociągnęła do góry.
– Chodź, zobacz! Oto studnia Hagar! Przecież Yin o niej właśnie ci mówiła! Studnia Zamzam! Jest tutaj w Mekce!Kaj stanął przed metalową barierką, zdobioną wygiętymi prętami, która coś mu przypomniała. „Wiem! Pierścionek mamy miał podobny wzór”, pomyślał chłopiec, a potem obszedł dookoła barierkę, starając się zajrzeć w głęboką czarną dziurę.
– Studnia! Woda! – powiedział szczęśliwy i zobaczył Yin, która wyciąga do niego butelkę pełną wody. Uśmiechnął się, bo dziewczynka promieniała.
– Myślałeś, że nie znamy opowieści o psie, którego trzeba napoić? – spytała. – Nieważne kim jesteś, pij. Woda ze studni Zamzam jest dla wszystkich. To jedno najbardziej chciałam ci powiedzieć. – Yin podała Kajowi butelkę. W tej samej chwili, w której palce chłopca chwyciły ją, wysoko ponad nimi zabrzmiał silny głos.
– Muezin wzywa do modlitwy – szepnęła Yin, słuchając śpiewu mężczyzny. – Świt się zbliża.
Kaj zamoczył usta i spojrzał na wyjście, w którym pojawił się pierwszy promień słońca. I nie wiedział, czy stało się to od tej kropli wody, czy to wschód słońca sprawił, że nagle wszystko wokół zawirowało. „Nie zobaczyłem jeszcze nawet Kaaby”, starał się krzyczeć Kaj, ale nikt go nie słyszał. Ostatnim wirującym spojrzeniem zobaczył jeszcze kręcącą się wokół jego głowy salę, dwójkę dzieci, Yin i Yanga. Poczuł, że znowu coś go wsysa, nie butelka i nie światło. „Chyba wciąga mnie studnia”, pomyślał, a jego myśli dudniły echem w czarnej dziurze… I już po chwili zamiast na dywanie w Mekce siedział w swoim łóżku, słuchając śpiewu muezina tuż przed wschodem słońca. W prawej ręce wciąż trzymał butelkę pełną wody, z której w niezwykły sposób nic nie ubyło, ani kropla nie rozlała się w czasie drogi. Kaj westchnął z ulgą, napił się porządnie i zasnął.

Fragment książki dla dzieci i młodzieży, Duchy Singapuru

Bóg miasta

Kaj rozejrzał się ciekawie. Miejsce, w którym się znalazł, z pewnością było świątynią, ale którego boga, nie miał pojęcia. Byli w niej chyba wszyscy bogowie, w których wierzono w Azji.
– Nie wszyscy – odezwał się ponury głos brodatego mężczyzny siedzącego na ławie przy stole na tarasie. – Ale spotkasz tu kilku bogów chińskich. Boginię miłosierdzia Guan Yin, boga tygrysa, boga o czterech twarzach, Buddę, chociaż Budda nie był…
– Nie był bogiem – uśmiechnął się Kaj, kątem oka widząc, jak tata wchodzi do świątyni.
– Idź, wejdź za nim do środka. Albo wiesz co? Lepiej nie wchodź! – Mężczyzna machnął nagle zrezygnowany ręką. – Za dużo ich, w tych czasach wszystkiego jest za dużo. Bogów za dużo, ludzi za dużo… Tylko ja jestem sam jeden – powiedział i zwiesił głowę nad stół, tak nisko, że czarna broda wlazła mu do talerza.
– Niech się pan nie martwi – szepnął Kaj cicho, bo zrobiło mu się żal brodacza, ale także dlatego, że pomyślał o koralikach. – Przepraszam, czy pan jest moim duchem na dziś? – zapytał wprost, bo nie wiedział, jak zapytać inaczej. – Czy do pana prowadzą mnie kolorowe koraliki? Kaj wyjął z kieszeni skarby i podsunął pod nos mężczyźnie.
– Zabierz to sprzed moich oczu! – jęknął czarnobrody. – Nie ja jestem z tobą umówiony. Nie jestem twoim duchem na dzisiaj. Nic nie wiem o koralikach, poza tym, że jest ich zdecydowanie za dużo!
– Przepraszam – zawstydził się Kaj. – Pomyliłem się.
– A wiesz, ile razy ja się dzisiaj pomyliłem?! – wykrzyknął nagle mężczyzna gwałtownie. – Kajowi łzy zakręciły się w oczach i zaczął rozglądać się, szukając taty. Jedna z łez wymknęła się niepostrzeżenie i spadła na stół, wprost na rozłożone papiery, leżące przed brodaczem. Mężczyzna zanurzył w niej rękę, roztarł łzę palcami i westchnął ciężko. – To ja cię przepraszam – powiedział, patrząc na dziewięciolatka ze smutkiem. – Przepraszam, chłopcze, mam za dużo na głowie. Liczę, liczę i doliczyć się nie mogę. Jestem Cheng Huang, bóg miasta. Byłeś w mojej świątyni wiele miesięcy temu. Pamiętam cię – fuknął ze złością. – Przecież jestem strażnikiem miasta! Muszę pamiętać każdego, wszystkich nowych ludzi przylatujących na wyspę: Euroazjatów, Hindusów, Chińczyków, Indonezyjczyków, nawet białych, którzy także się między sobą różnią. Jedni wierzą w to, a inni w tamto, ale każdy musi być policzony, policzony i zapamiętany, zarówno za życia, jak i po śmierci – powiedział, schylając się nagle i wyjmując spod stołu stos książek: Zarys dziejów religii, Ateizm, Religie stare i nowe, Dlaczego wierzymy w boga, Dlaczego nie wierzymy w boga, Bogowie dalecy i bliscy. – Widzisz! Sam sobie muszę z tym wszystkim radzić. Policzyć, wymyślić, zrozumieć… – Brodacz schował twarz w dłoniach. – Uciekłem na weekend na tę małą wyspę, żeby popracować w spokoju, ale zmiana miejsca liczb nie zmienia…
– Rozumiem cię – powiedział Kaj, siadając obok mężczyzny. – Podobnie miałem z dzieleniem w słupkach. Za dużo informacji i człowiek się gubi. Ale myślę, że umiem ci pomóc… – tu Kaj zawiesił głos. Jeszcze w skupieniu rozważał w głowie wszystkie za i przeciw, aż wreszcie powiedział uroczystym głosem: – Sądzę, że powinieneś kupić sobie komputer.

Duchy Singapuru, fragment, Wydawnictwo Innowacyjne Novae Res, 2014.
Zdjęcie Karol Jałochowski

Sen Kaja

Zasnął. Najpierw przyśniła mu się babcia, która na drutach robiła wieżowce. Była wielka, a wieżowiec sięgał jej zaledwie do kolan. Zamiast włóczki u jej stóp turlał się księżyc, z którego nić nawlekała na druty. Gdy już cały wysoki budynek był gotowy, babcia nie odcięła wcale księżycowych sznurków, tylko złapała je mocno i zaczęła biec, nie wypuszczając ich z rąk. Zaraz więc cały wieżowiec, ciągnięty na linkach, uniósł się na wietrze i łopotał teraz jak latawiec na tle chmurnego nieba.
Kaj nie widział siebie we śnie, bo obserwował go z zewnątrz, jak film. Latawiec widział jak na ekranie, ale gdy wieżowiec przechylił się na wietrze, tak odrobinę tylko, wysypały się z niego gwiazdy i jak konfetti posypały na głowę chłopca, skaczącego z radości jak dziecko, którym przecież był. Gwiazdy nie chciały zatrzymać się przy Kaju na dłużej. „Nie mamy czasu, nie mamy czasu”, szeptały. „Śpieszy nam się bardzo, bardzo nam się śpieszy”. I w jednej chwili wszystkie zamieniły się w strugę i wpadły do wnętrza wielkiego dzbana stojącego tuż przed Kajem. Dzban był pękaty, brązowy, dopiero co wypalony. Gdy Kaj spojrzał w prawo, zobaczył wielki piec przypominający warującego smoka, tak długi był i szeroki. Przez ceglane drzwi do smoczego cielska wchodzili ludzie i wyciągali z niego gliniane dzbany…
– Pewnie przypomniał mu się we śnie warsztat ceramiki i wielki, tradycyjny chiński piec, który rozpalano niedawno – szepnęła istotka siedząca w nogach śpiącego Kaja. – Widzę, jak w jego śnie gwiazdy wpadają do ostygłego dzbana…
– A ja widzę… – zaczęła druga istotka siedząca przy głowie śpiącego Kaja. – A ja widzę, jak na dnie dzbana skrada się tygrys.
– Nie wchodź do dzbana! – krzyknęła trzecia istotka. – Nie wchodź!
Ale czwarta uciszyła pozostałe, kiwając głową i wyciągając dłonie na znak, że tamte powinny zatrzymać się w swoich zapędach i zamierzeniach.
– Nie przerywajcie mu! Niech śni!

Duchy Singapuru, fragment, Wydawnictwo Innowacyjne Novae Res, 2014.
Zdjęcie Karol Jałochowski

Ching Shih

Z radością odnotowałam fakt, że gazeta.pl opublikowała tekst o piratce Ching Shih. Z radością, ponieważ jej groźna acz wspaniała postać pojawia się w mojej książce dla młodzieży, Duchy Singapuru, wydanej w 2014 roku. Poniżej przytaczam mrożący krew w żyłach fragment rozdziału pod tytułem „Zielony kolczyk”, w którym Kaj spotyka się z samą Madame Ching na jednej z jej pirackich dżonek:

Kaj otworzył oczy i zobaczył, że stoi, ale nie na pokładzie, tylko w zamkniętej kajucie, a przed nim siedzi Madame Ching. W niewielkim pomieszczeniu stały meble zarówno z ciemnego, jak i jasnego, malowanego na biało drewna. Były chińskie czerwone miseczki z laki i ozdobne pudełeczka, złote, piękne zegary, książki i porcelana. Na wieszaku wisiała nawet suknia balowa. Sama Ching Shih siedziała przy rokokowej toaletce, białej, ze złotymi ornamentami i wspaniałym lustrem. „Wszystko kradzione”, pomyślał trzeźwo chłopiec. „Jak to u piratów”. Jego uwagę przykuł czarny parawan, na którym wił się misternie namalowany zielony smok. Kaj otworzył szeroko usta, jak zwykli robić mali, bardzo zdziwieni chłopcy, którzy nie potrafią jeszcze ukryć wszystkich uczuć niepokojących ich głowę.
– Zielony smok… – szepnął.
– Zielony smok, właśnie… – powtórzyła kobieta. – Twierdzisz, że jesteś zielonym smokiem, co masz mi do powiedzenia, zielony smoku?
Chłopiec przełknął ślinę, słysząc, jak został nazwany. Pomógł mu szczęśliwy przypadek i teraz powinien umiejętnie wykorzystać wiarę Chinki w mityczne zwierzę. „Chcę wrócić do mamy”, chciał powiedzieć Kaj, zanim jednak wymówił słowa, które tak bardzo domagały się wypowiedzenia, zdołał sobie przypomnieć, że miał być silny i przebiegły. Powiedział więc szybko:
– Jestem zielonym smokiem, wściekłym, że mnie uwięziłaś. Wypuść mnie, ale nie za darmo, dam ci coś w zamian.
Kobieta nie patrzyła na Kaja, tylko gdzieś w odległy punkt poza oknem i poza horyzontem.
– Nie za darmo, czyli masz mi coś do zaoferowania zielony smoku – powiedziała cicho, ale nie miękko, jak mówią mamy, tylko twardo, jak mówią piratki.
– Mam – Kaj wypowiadał słowa powoli, ale stanowczo, opanowując drżenie głosu, które mogłoby zdradzić jego prawdziwą naturę, czyli naturę małego chłopca. Rozumiał, że musi utrzymać Ching Shih w przekonaniu, że to on jest zielonym smokiem:
– Jestem zielonym smokiem i wiem, że masz dość okrucieństwa. – Mały szczurek, który wciąż siedział na ramieniu Kaja oddychał nerwowo, zaniepokojony słowami chłopca. Wątpliwość drżała na jego wąsach. I słusznie, bo Kaj nie był wcale pewien, czy stoi, a właściwie siedzi przed nim Madame Ching, o której czytał. Nie dość tego, nie wiedział dokładnie, który jest rok. W starym domu, to znaczy nie w tym w Singapurze, lecz w prawdziwym domu, tym sprzed Singapuru, na półce w swoim pokoju jak skarb przechowywał książkę o piratach, album, który kupił mu dziadek. Pamiętał kilka stron poświęconych chińskiej piratce, która po śmierci męża, na początku dziewiętnastego wieku przejęła wielką Flotę Czerwonej Flagi, około tysiąca pięciuset statków i kilkadziesiąt tysięcy podległych wcześniej jej mężowi piratów. Żeby utrzymać swoją pozycję musiała być bardziej okrutna niż najbardziej okrutny z jej podwładnych i bardziej bezduszna niż najbardziej bezduszny z bezdusznych. „Trudno się dziwić, że miała dość, jak długo można być aż tak złym”, pomyślał chłopiec. Pamiętał, że po kilku latach, Ching Shih zrezygnowała z piractwa, korzystając z oferty chińskich władz i że wyszła za mąż za swojego adoptowanego syna o imieniu Cheung Po Tsai. A potem żyli razem długo i szczęśliwie do późnej, jak na owe czasy, starości. „Ciekawe”, myślał Kaj. „Madame Ching jest chyba w wieku zbliżonym do wieku mojej mamy, książka może opowiadać właśnie o niej”.
– Jeśli mi obiecasz, że mnie wypuścisz, powiem ci, co powinnaś uczynić, żeby skończyć z piractwem i żyć spokojnym, szczęśliwym życiem, którego pragniesz. – Kaj mówił dalej, bo piratka nie mówiła nic, zapatrzona w linię horyzontu. Dziewięciolatek spojrzał za okno i dopiero teraz dostrzegł, że statek nie jest już przycumowany, lecz płynie.
– Płyniemy? – spytał, udając, że się nie boi. – Ja muszę zostać na tej wyspie – dodał stanowczo. – Jeśli mnie na niej zostawisz, uda ci się porzucić rabunek. To moja cena za twoje przyszłe szczęśliwe życie. – Kaj pamiętał słowo rabunek z książki i pomyślał, że dobrze zabrzmi w tych okolicznościach.
– Okrążamy wyspę – wyjaśniła kobieta, wciąż nie patrząc na Kaja. Widać było, że rozważa coś bardzo głęboko. – Chcę spotkać się z piratami z Cieśniny Smoczego Zęba, oni chętnie cię kupią.
Kaj milczał. Kobieta patrzyła na niego i zerkała na parawan z zielonym smokiem. Chłopiec czuł, że ważą się jego losy. Czuł, że musi pomóc Ching Shih podjąć decyzję, powiedział więc, recytując słowa z książki, które w chwili, gdy ich najbardziej potrzebował, odnalazły się łaskawie w jego pamięci:
– Gdybym był tylko dziewięcioletnim chłopcem, a nie zielonym smokiem, czy wiedziałbym, jak drogi jest ci Cheung Po Tsai, którego porwałaś z jego rodzinnej wioski, gdy miał piętnaście lat, a potem usynowiłaś? – Przenikliwe spojrzenie Madame Ching utkwiło w oczach Kaja. Chłopiec musiał je wytrzymać. Jednocześnie zastanawiał się nad dziwnie brzmiącym słowem „usynowić”. Wypowiedział je pierwszy raz w życiu i nie był pewny, czy nie popełnił błędu. Reakcja Ching Shih świadczyła, że cokolwiek oznaczało słowo „usynowić”, Kaj użył go właściwie i udowodnił, że posiada wiedzę o niej, której posiadać nie powinien.
Piratka nie spuszczała z niego wzroku. Była piękną kobietą. Miała drobne rysy i odważne, ciemne oczy. Kaj dostrzegł, że w prawym uchu ma dwa kolczyki, jeden z białym, drugi z zielonym oczkiem.
– Wyjdź za niego za mąż i otwórz dom hazardowy. Będziesz szczęśliwa, przed tobą jeszcze długie życie – Kaj przemawiał jak wróżka, cytując fragmenty z książki, bo chciał wykorzystać wrażenie, jakie zrobił, i jak najszybciej zejść ze statku. Gdy skończył mówić miał świadomość, że powiedział już wszystko, teraz mógł tylko czekać i nie musiał wcale czekać długo. Kobieta wstała i podeszła do niego tak blisko, że Kaj poczuł zapach jej koszuli. Pachniała wodą morską i rybami. Przejechała mu ręką po włosach i złapała za prawe ucho.
– Aj! Boli – jęknął chłopiec, bo poczuł mocne ukłucie.

Koza nadchodzi

W jednym ze swych opowiadań, zamieszczonych w zbiorze „Opowieści kosmikomiczne”, Italo Calvino w piękny sposób przedstawia historię powstania pierwszego znaku, rysy na wszechświecie. Powstaje ona trochę z nudów, żeby przekonać się, jak znak się zmienia. I rzeczywiście znak nie pozostaje taki sam. Przekształca go pamięć, ale nie tylko. W tak zwanym międzyczasie, ktoś coś znakowi dorysowuje. Znaki są zakorzenione w naszych głowach, a więc i w tradycji tak głeboko, że trudno dociec, w którym momencie powstały, kto pierwszy wpadł na pomysł, żeby naskrobać coś na ścianie, czy kamieniu, oraz oczywiście, kto i co po drodze doszkicował.

Czytaj dalej

Japoński biały wąż

Zapłaczcie dzisiaj nade mną, jako i ja płaczę nad swoim losem. Żyłem samotnie a teraz samotnie umieram. Mieszkam na dnie oceanu, w ciemnej jaskini, gdzie wieczną noc rozświetla mi jedynie wspomnienie pięknych pereł, których zobaczyć nie mogę z powodu ciemności. Nie znam swojego imienia, nikt mi go nigdy nie zdradził, a ja zbyt nieśmiały byłem by kogokolwiek pytać. Ile razy chciałem wyjść na brzeg, wygrzać na słońcu wężową skórę, ludzie pierzchali z krzykiem, mówiąc, żem potwór. Gdy wynurzałem łeb z wody, prosząc, by zabrali perły i posąg, co mi w jaskini niczemu nie służą, tyle razy przysyłali do pożarcia czternastoletnie dziewczę. Jakże żal mi było jej drżacego ciała. Ludzkie mięso mi wcale nie służy, mam po nim zgagę i straszne boleści, które męczą mnie tygodniami. Jednak daru odrzucić nie wolno. Obraziłbym tylko darczyńców i sprowadził na siebie ich gniew. Choć tyle dla nich zrobiłem, nigdy mnie nie pokochali. Ile razy wyłem, nikt nie zszedł w głąb morza z pomocą. Nikt z nich nie wstawił się za mną przeciw mej samotności. Nie chciałem już żyć, gdy więc dzisiejszego ranka, do mojej jaskini wśliznęła się zwinna jak wąż kobieta, pozwoliłem jej na to. Bez trudu podkradła się do mnie, a ja czekałem na nią, wiedząc, że nic dobrego mnie z jej dłoni nie spotka. Otworzyłem ślepia szeroko, by w jedno z nich mogła z łatwością wbić sztylet. Mimo bólu paszczę zamknąłem, oczu nie mogłem, bo tkwiło w nich ostrze. Posłusznie drugi cios przyjąłem, wymierzony w serce. Przede mną ostatnie minuty. Zaraz wyciągną mnie na brzeg, żeby świętować zwycięstwo nad złym duchem, zamkniętym w białej skórze węża.

Stonoga

Hidesato stał z łukiem w dłoniach. Nie spuszczał wzroku z potwora, równego górom, w których zresztą mieszkał. Monstrum także dostrzegło wojownika. Skrzywiło paskudną mordę. „Aha!” zakrzyknęło złowieszczo i wysunęło w stronę Hidesato pierwszą nogę, potem drugą, trzecią, a potem czwartą, piątą, szóstą, siódmą i ósmą… Japoński bohater nie czekał aż na drodze pojawią się dziewięćdziesiąt dwie pozostałe nogi. Chwycił łuk, poślinił strzałę i zabił gigantyczną stonogę, zanim ta zdołała pożreć jego.

Piękna katastrofa

Księżycowy projekt, nad którym pracuję od ponad roku (więcej tu), doprowadził mnie pod rozłożyste drzewo z początku świata. Pisząc chciałam pod nie trafić, jednak nie chcialam pod nim utknąć a utknęłam. Muszę zastanowić się, w którą stronę podążyć dalej. Mam więc chwilę, aby posiedzieć i poczytać o początku świata a może gdzieś, pośród mitów odnajdę drzewo, którego szukam albo wyhoduję nowe.

Czytaj dalej

Starsze wpisy

© 2018 Ewa Jałochowska

Theme by Anders NorenUp ↑

Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial