Ewa Jałochowska

Historyk sztuki, pisze książki

Tag: demon

Bujang Sembelih

Prawda jest taka, że nikogo nie interesuję. Trudno się dziwić, bo jestem niewidzialny. Powinienem się już przyzwyczaić, powinienem się wreszcie pogodzić, ale nie potrafię. Czuję się taki pominięty, taki niezauważony a przede wszystkim taki samotny, że po prostu muszę przychodzić do was w nocy. Przyglądam się jak śpicie. Jak zawija się wam kołdra, przesuwa poduszka. Poprawiam ją, przykrywam, chowam wasze zziębnięte stopy. Siadam sobie na szczycie łóżka i udaję, że się znamy od lat i że się przyjaźnimy. Wyobrażam sobie, że budzicie się rano i że mnie widzicie. Wiem, że to niemożliwe, ale wciąż mam taką nadzieję. Patrzycie na mnie i mówicie:
– Miło cię widzieć, Bujang. Masz ochotę na jajecznicę?
A ja wtedy odpowiadam, że chętnie i siadam naprzeciwko was, jem tę jajecznicę i jestem szczęśliwy. A potem przypominam sobie, że to się nigdy nie wydarzy, że nigdy mnie nie zobaczycie, że nigdy nie zjem waszej jajecznicy i na zawsze pozostanę przez was niezauważony. I dopiero wtedy was zabijam. Z tęsknoty. Ale w słowniku napiszecie tylko: Bujang Sembelih – demon podrzynający ludziom gardła.

Issunboshi

Issunboshi stał gotowy do walki. Będzie się bił za księżniczkę, która czeka na jego pomoc uwięziona przez dwa demony, za jej rodziców, którzy marzą o powrocie córki, za swoich rodziców, którzy dawno temu sprowadzili go na świat i za swoje marne życie, w którym ciągle musi udowadniać, że jeden cal wzrostu nie oznacza małego ducha. Tak, urodził się Calineczkiem i chociaż rodzice kochali go takim, jakim był, on czuł, że musi opuścić dom i wędrować po świecie. Statkiem była mu miska po ryżu, wiosłami drewniane pałeczki, mieczami krawieckie igły. Uzbrojony w nie gotów był teraz, w tej właśnie chwili zginąć z ręki demona a właściwie z rąk dwóch demonów. Demony także stały gotowe. Ale one nie tylko były gotowe zginąć, one nawet w walce z Issunboshim zginą. I to oba. Calowy mężczyzna przeszyje ich ciała dwoma maleńkimi mieczami i wytrąci z rąk demonów zaczarowany młotek. Gdy uwolniona księżniczka potrząśnie młotkiem uczyni Issunboshiego wysokim mężczyzną. Ten stanie się znany i ceniony za życia a po śmierci baśnie o nim będą opowiadać na całym świecie. Czasem nazwą go Tomciem Paluchem, czasem Calineczką. Tak czy siak Issunboshi przetrwa w ludzkiej pamięci. Jednak imion demonów, które pokona, nikt nigdy nie powtórzy, chociaż to one ginąc odmienią jego życie.

Mada

Właściwie mógłbym powiedzieć wam prawdę, że stworzył mnie Chyavana, że miałem pokonać boga Indrę, że miałem cztery kły i byłem demonem, zabójczą bestią. Albo mógłbym też skłamać i powiedzieć, że miałem dziesięć kłów i dwanaście nóg, że powstałem z grudki błota wydobytej z wody przez boga Śiwę. Albo, że jestem świnią z dwiema głowami i mam tak ostre kopyta, że rozgniatam na miazgę każdego, kto sprzeciwi się woli mojej śnieżnej pani. Albo, że mam ostre szpony i żelazny dziób, tak precyzyjny jak chirurgiczne nożyce. Wyjmuję nim ofierze wątrobę a potem dopiero serce. Albo mógłbym jednak zdecydować się na prawdę i przedstawić siebie jako bohatera eposu hinduskiego Mahabharaty, który ma szczęki tak mocne i rozłożyste, że mógłby połknąć cały wszechświat. Lub mógłbym powiedzieć jednak, że jestem tygrysem napadającym we śnie i zatapiającym w kobietach kły. Cztery kły, dziesięć kłów, sto. Albo, co sobie będę żałował! Powiem, że mam ich tysiąc. Bo prawda jest taka, że mogę powiedzieć wszystko. Tylko po co? Zabijam błyskawicznie. Nie zdążycie spostrzec, jak wyglądam.

Vagina dentata

Żałuje. Wiem, że zawiodę wasze oczekiwania. Każdy wolałby ode mnie jednorękiego olbrzyma albo pożeracza głów. Tymczasem ja jestem demonem malutkim, tycim drobiazgiem, tak nieszkodliwym pośród śetajnów, jak zaskroniec niegroźny jest pośród innych węży. Nie chowam w zanadrzu hektolitrów krwi ani kawałów walającego się pod nogami mięsa. Nie epatuję przemocą i strachem. Nie ujadam ręki, nie odgryzam nosa, nie zanieczyszczam jadem organów wewnętrznych, ani nie ścinam białka. I znikam. Gdy tylko ktoś głośno wypowie moje imię, znikam natychmiast. Zanim to się jednak zdarzy, przenikam niezauważony do ciała kobiety i korzystając z własnych zębów szarpię wszystko to, co usilnie do wnętrza niewiasty stara się wcisnąć. Może nie mam wpływu na śmierć i życie, ale już na pożycie małżeńskie i owszem.

Oni

Była spóźniona. Bardzo. Cały poranek budzik krzyczał do niej, że „czas najwyższy zwlec się z wyra”, na swój hałaśliwy i męczący sposób. Wessała jego dźwięki w sen, przerobiła w podświadomości, ale nogą nawet nie ruszyła. Powieka jej nie drgnęła, chociaż pewnie drgnęła, tylko tak się mówi, że nie. Drgnęła pewnie niejedna zresztą. Wreszcie wstała, coś tam sobie umyła. Siadła przed lustrem z kawą i patrzyła na twarz. Szminka leżała obok, lakier do paznokci, tusz do rzęs, szczotka.
– Znowu – jęknęła – znowu od początku.
Gdyby ust nie pokolorowała, wszyscy dostrzegliby ich niezwykły rozmiar. Zorientowaliby się za szybko. Mogą i powinni, ale nie tak od razu. Po czerwonej szmince, lakier na paznokcie. Ich długość też lepiej ukryć. Niech sobie myślą, że łatwa zdzira z czerwonymi pazurami wychodzi do pracy na dzienną zmianę. I wreszcie tusz czarny na rzęsy. Na pierwsze oko, na drugie oko i na trzecie. Z trzecim zawsze jest kłopot. Duże usta, długie paznokcie, nawet rogi na głowie można schować, przyczesać, beretem przykryć, ale trzecie oko najtrudniej. Pod grzywkę można, ale co będzie, gdy wiatr zawieje na przystanku? Od razu wszyscy zobaczą, że demon Oni pośród nich stoi. I cały makijaż szlag trafi. I znowu będzie trzeba po jednej duszyczce z chodnika porywać. A w tramwaju to by wystarczyło sobie w tłoku kichnąć, żeby wszystkich świństwem zarazić. Od toaletki wstała, drzwi kluczem zamknęłą i po schodach po dwa biegnie, żeby na tramwaj zdążyć, co na przystanek zaraz wjedzie, bo wiatru dzisiaj nie ma.

Tengu

Idąc ulicą lubię przeglądać się w oknach samochodów. Jestem doskonały. Mam dobrą figurę. Uśmiech wycięty od ucha do ucha, uszy drobne, zgrabne, nos odpowiedni do ludzkiej twarzy, włosy krótkie, lśniące. Nie wyróżniam się, nie krzyczę głośno, nie jestem za głupi ani za mądry, mam gładkie obycie, wzorową życzliwość. Wsiadam do tramwajów na czas, kasuję bilet, oddycham kiedy trzeba, jem pięć razy dziennie w niewielkich ilościach. Płacę podatki. Ubrania piorę i myję się pod pachami. Zapachu swojego nie czuję. Na wszelki wypadek zawsze noszę ze sobą taśmę klejącą i klej w tubce, z którym się nie rozstaję. Gdy tylko czuję, że nos mi się wydłuża, że twarz płonie do czerwoności, włosy zamieniają się w wiszące strąki, paznokcie wyrastają w szpony, że złość mną trzęsie, wtedy szybciutko wyciągam taśmę i podklejam maskę, żeby się nie zsuwała. W masce nikt nie dostrzeże we mnie Tengu, złośliwego ducha, który opętał człowieka.

Nian

Kim jestem? Wrakiem demona jestem, ot co. Wstyd potworom przynoszę. Ręce mi się trzęsą, drżę cały. Odwracam się ciągle za siebie, bo może ktoś czai się za mną, krok w krok moje kroki śledzi. Boję się, ciągle się boję. Kiedyś byłem kimś wielkim, kimś o władzy nad ludźmi tak potężnej, że nie tylko mieszkałem w górach, ale i w ludzkich umysłach, które paraliżowałem. Każdej wiosny, w pierwszy dzień Chińskiego Nowego Roku, szedłem w stronę ludzkich wiosek. Głód pchał mnie ku nim i władza nad nimi. Władza równa się strach. Budziło go samo moje imię, Nian. Wystarczyło, by wieśniacy drżeli przede mną za zamkniętymi drzwiami. Zupełnie, jak ja drżę przed nimi teraz. A potem przybył do nich mędrzec, bóg przebrany za człowieka. Nauczył ich nie bać się mnie, zakładać na siebie czerwone bluzki, wywieszać czerwone szmaty za oknami, strzelać, drzeć się, lwie maski zakładać i udawać mnie. Wybuchy rozlegają się wszędzie. Myślą, że się ich boję, że mnie czerwień utrzyma z daleka, że huk wystrzałów jest tym, co mnie pokonało. Nieprawda. Mędrzec nauczył ich omijać mnie. „Guo Nian” powiedział. „Przejdźcie obok niego”. I tym mnie złamali, tym, że mnie nie dostrzegają.

Demon Kabandha

Ja już wiem, co tam o mnie ludzie gadają. Widzę, jak wytykają mnie brudnymi paluchami. O, nawet teraz, w tej chwili, gdy po ubitej drodze idę, małe ludzkie pluskwy drą swoje ryje:
– O! – krzyczą – demon lezie przez pole!
Myślicie, że nie wiem, jak chowają się przede mną po chałupach, żebym im dzieci nie porozgniatał?
Wszystko widzę. I jak śmieją się też słyszę:
– Grzmi, bo przez las ten olbrzym się przeciska, co mu bóg Indra łeb wcisnął w szyję i teraz głowy nima.
Albo jeszcze lepiej:
– Słuchaj ojca, bo jak nie będziesz słuchał, to będziesz wyglądał jak ten Kabandha, co ma uzębioną gębę, jak kosz szeroką, i gąłę jedną zamiast pary oczu, w tułów wetkniętą.
Tak gadają do syna, bo do córki mówią inaczej:
– Jak będziesz się źle prowadziła, matki, ojca nie słuchała, to ci taka morda brzydka na brzuchu wyrośnie, jak Kabandzie.
A jak dziecko rodzicom pieniądze podkrada, to mówią mu:
– Jak będziesz tymi wstrętnymi łapami kraść, to ci osiem długich jak makaron ramion wyciągnie się z ciała, jak demonowi Kabandzie. I będziesz się na nich jak pająk unosił, bo nogi to ci się z tyłka wyrwie, jak demonowi Kabandzie.
Mówią, żem odrażający, że wstrętny, brzydki, demon jeden. Nuda. Tym mnie nie dotkną. Urazić mnie nie zdołają. A jak się naśmiewają, że Indra wielki, demona rakszasę tak łatwo pokonał, to sobie wtedy w duchu do nich mówię tak:
– A wy głupie ludzie wy! Jakbym nie chciał, to by mi ten wasz Indra nic nie zrobił. A teraz brzydki jestem, to się chociaż do mnie plugastwo nie garnie i w spokoju świętym zostawia.
I przecież wiem, że wszystkie te durne ryje za moimi plecami, o spotkaniu z Ramą, wojownikiem boskim, samym Wisznu wcielonym opowiadają. Że niby ja go na drodze piaszczystej spotkam, że będę go błagał. Że na kolana padnę i będę wył i łkał:
– O! Boski Ramo, spal mnie tu żywcem, a ja się wtedy odrodzę i dobry już na zawsze pozostanę. I będę ci usługiwał, wierny pokorny sługa, twój pies!
Tarzam się zadkiem po trawie ze śmiechu na myśl, co też te ludzie gadają, bo ja nie zamierzam się zmieniać. Lubię być zły, brzydki i śmierdzący. I nawet teraz, gdy sobie idę drogą piaszczystą, na moich ośmiu dłoniach się unosząc, i plując śliną z szerokiej gęby na boki, i okiem jedynym, przekrwionym zerkając, zająca małego na ścieżce rozgniatam. Toż o reputację demona trzeba dbać. Strach sam się nie zasieje. To się wie.
– I co? Źle ci z tym Kabandho? – pytam sam siebie.
I sam sobie odpowiadam:
– Dobrze mi z tym kochaneczku! Oj jak dobrze mi z tym niemożebnie!

© 2018 Ewa Jałochowska

Theme by Anders NorenUp ↑

Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial