Ewa Jałochowska

Historyk sztuki, pisze książki

Tag: chiny (strona 1 z 2)

TKM

Nikt nie mógłby poznać ostatniej myśli Zhao Mengjiana, więc i ja nie będę udawać, że ją znam. Jeśli wierzyć biografom miał dziewięćdziesiąt sześć lat, gdy umierał. Pochodził z rządzącej Chinami wspaniałej dynastii Sung. Przez większość życia był uznanym artystą, nauczycielem należącym do Akademii Malarskiej. Jego imię zostało zapamiętane a dzieła podziwiane były zarówno przed, jak i po śmierci. Gałązki śliwy, bambusy, delikatne narcyzy towarzyszyły mu przez całe życie, bo ich obraz przenosił na papier. Obraz nietrwały, bo każdy z kwiatów zakwita przecież tylko na chwilę. Chciałabym napisać, że dlatego Zhao najbardziej lubił malować gałęzie, bo gałęzie są trwałe, trwałe jak dynastie. Kwiaty zakwitają i więdną, ale wiosną na gałęziach powracają nowe. Nie mam jednak najmniejszego pojęcia, co najbardziej lubił malować Zhao, wiem za to, że gdy Kubilaj-chan, władca mongolski, podbił Chiny i obalił dynastię Sung, ośmiuset jej członków popełniło samobójstwo, zaczynając od cesarza Huaizonga, który miał wtedy zaledwie osiem lat. Mistrz Zhao nie popełnił samobójstwa. Jeśli wierzyć biografom przeżył swoją rodzinę i oczywiście nikt nie wie, o czym myślał, gdy szesnaście lat później umierał. Ale ja myślę o tym, że „Teraz Kurwa My” wcale nie zostało wynalezione w Polsce.

Rzeka Luo

Wiatr przecisnął się przez wąski lufcik, który za wszelką cenę starał się przytrzasnąć ostatni podmuch lata. Dziewczynka siedziała na białym łóżku, nogi w czarnych podkolanówkach zwieszając nisko. Miała spódnicę krótką, szkolną, nieponętną, chociaż młodość wyłaziła z niej i niczym przykryć się nie dawała. Ani rąbkiem, ani rękawem białej koszuli, ani torbą szkolną, którą nastolatka położyła na kolanach. Wiat niósł zapach i oba nie zwracały uwagi na moralne zakazy. Wpływały pod spódnicę i bluzkę. Do ust się wciskały rozchylonych. Kobieta podrapała się palcami bezwiednie po brzuchu, ale zacisnęła prawie natychmiast w pięść i pochyliła się do przodu. Zabolało. Jeszcze raz popatrzyła na lufcik i ten posłusznie otworzył się szerzej dając rzecznej wilgoci wolną drogę. Dziewczyna odetchnęła. Rzeka płynęła niedaleko i ona myślała już tylko o falach, o dniu przedwczorajszym, o nurcie silnym i powierzchni ponad głową. Uratowała ją rzeka, bo wyrzuciła na brzeg. A ona potem cztery kilometry szła do miasta, w czasie których upadała dziewięć razy, ale traciła przytomność tylko dwa.
– Ile masz lat? – zapytał lekarz zza biurka. Jego biała postać niewidoczna była na tle ośmiu białych kafelków a czarna, pojedyncza głowa, gdy sześcioma krokami szedł w stronę łóżka, wyglądała, jakby unosiła się w powietrzu. Dziewczyna położyła się, zadrżała trzy razy, odsłaniając w pięciu miejscach zadrapaną skórę. Przymknęła oczy i po siedmiu sekundach powiedziała spokojnie:
– Żyłam pięć tysięcy czterysta siedemdziesiąt pięć dni, sto trzydzieści jeden tysięcy czterysta godzin, siedem milionów osiemset osiemdziesiąt cztery tysiące minut, czterysta siedemdziesiąt trzy miliony czterdzieści tysięcy sekund, nie licząc lat przestępnych i tylko do chwili, gdy umarłam w rzece Luo. Sto czterdzieści cztery tysiące kropli temu urodziłam się na nowo.

Bogini miłosierdzia (Guan Yin)

Słońce za oknem stało wysoko, jednak w pokoju wciąż panował półmrok. „Znowu nie zadzwonił”, pomyślał chłopiec otwierając oczy. Wstał, pociągnął zasłonę i zaczął rozglądać się za skarpetkami. Pod szafą leżała jedna. Drugą wyciągnął spod biurka. To nic, że w innym kolorze. Plecak, koszula, spodnie, książki, zeszyty. Rzeczy zbierał w biegu. Wczoraj budzik także nie dzwonił i przedwczoraj podobnie. Zostało kilka minut do wyjścia. Jeśli spóźni się na autobus, nie zdąży do szkoły. Zęby. Niech to szlag! Pasta na koszuli. W dodatku nie ma czystej. Mama znowu nie zrobiła prania. To nic. Założy brudną, byle pasty nie było widać. A niech ją nawet będzie widać, byle się nie spóźnić. Pieniądze na bilet.
– Mama, dasz pieniądze? – spytał zatrzymując się przy jej łóżku.
– Śniadanie zjadłeś? – spytała zamiast odpowiedzi.
– Nie zdążę!
Kobieta obudziła się już na dobre.
– Weź chociaż drugie śniadanie.
– Zmiłuj się! Jest za późno. Zaspałem.
Po chwili mama w szlafroku stała gotowa przy kuchni. Jedną ręką ścierała plamę z koszuli syna, drugą i trzecią kroiła chleb, czwartą nabierała na nóż masło, piątą i szóstą cięła ogórki, siódmą i ósmą nalewała wodę do czajnika a dziewiątą i dziesiątą pakowała kanapki do szkoły. Jedenasta zajęła się głaskaniem głowy chłopca.
– Pewnie, że się zmiłuję – powiedziała zamykając drzwi za synem – zawsze to robię.

Dorwać bogonga

Kilka dni temu w brytyjskim The Guardian ukazał się artykuł o zagrożonych gatunkach motyli, które po zimnym lecie 2012 roku były na skraju wyginięcia. Lato 2014 okazało się dla motyli szczęśliwie upalne i starania przyrodników z Wielkiej Brytanii przyniosły efekty. Motyle powracają a ja skończyłam pisać książkę i tylko pozornie te dwie informacje mają ze sobą niewiele wspólnego. Japończycy wierzą, że podążając tropem motyla, można rozwiązać starą zagadkę. Chodźmy więc jego śladem, bo w mitach i wierzeniach zajmuje on wyjątkowe miejsce. I może uda się przy jego pomocy połączyć dwie powyższe wiadomości.

Czytaj dalej

Koza nadchodzi

W jednym ze swych opowiadań, zamieszczonych w zbiorze „Opowieści kosmikomiczne”, Italo Calvino w piękny sposób przedstawia historię powstania pierwszego znaku, rysy na wszechświecie. Powstaje ona trochę z nudów, żeby przekonać się, jak znak się zmienia. I rzeczywiście znak nie pozostaje taki sam. Przekształca go pamięć, ale nie tylko. W tak zwanym międzyczasie, ktoś coś znakowi dorysowuje. Znaki są zakorzenione w naszych głowach, a więc i w tradycji tak głeboko, że trudno dociec, w którym momencie powstały, kto pierwszy wpadł na pomysł, żeby naskrobać coś na ścianie, czy kamieniu, oraz oczywiście, kto i co po drodze doszkicował.

Czytaj dalej

Nian

Kim jestem? Wrakiem demona jestem, ot co. Wstyd potworom przynoszę. Ręce mi się trzęsą, drżę cały. Odwracam się ciągle za siebie, bo może ktoś czai się za mną, krok w krok moje kroki śledzi. Boję się, ciągle się boję. Kiedyś byłem kimś wielkim, kimś o władzy nad ludźmi tak potężnej, że nie tylko mieszkałem w górach, ale i w ludzkich umysłach, które paraliżowałem. Każdej wiosny, w pierwszy dzień Chińskiego Nowego Roku, szedłem w stronę ludzkich wiosek. Głód pchał mnie ku nim i władza nad nimi. Władza równa się strach. Budziło go samo moje imię, Nian. Wystarczyło, by wieśniacy drżeli przede mną za zamkniętymi drzwiami. Zupełnie, jak ja drżę przed nimi teraz. A potem przybył do nich mędrzec, bóg przebrany za człowieka. Nauczył ich nie bać się mnie, zakładać na siebie czerwone bluzki, wywieszać czerwone szmaty za oknami, strzelać, drzeć się, lwie maski zakładać i udawać mnie. Wybuchy rozlegają się wszędzie. Myślą, że się ich boję, że mnie czerwień utrzyma z daleka, że huk wystrzałów jest tym, co mnie pokonało. Nieprawda. Mędrzec nauczył ich omijać mnie. „Guo Nian” powiedział. „Przejdźcie obok niego”. I tym mnie złamali, tym, że mnie nie dostrzegają.

Piękna katastrofa

Księżycowy projekt, nad którym pracuję od ponad roku (więcej tu), doprowadził mnie pod rozłożyste drzewo z początku świata. Pisząc chciałam pod nie trafić, jednak nie chcialam pod nim utknąć a utknęłam. Muszę zastanowić się, w którą stronę podążyć dalej. Mam więc chwilę, aby posiedzieć i poczytać o początku świata a może gdzieś, pośród mitów odnajdę drzewo, którego szukam albo wyhoduję nowe.

Czytaj dalej

Platon w borówkach

Wbrew temu, co na gali Paszportów Polityki, o Polakach, czyli także o mnie, mówiła Agnieszka Holland, nie tylko myślałam i współczułam, jak większość, ofiarom Charlie Hebdo, ale nawet się o nie kłóciłam. Rozumiem, że okładki kpiące ze wszystkich możliwych wad wszystkich możliwych religii, nie są odbierane zawsze i przez wszystkich z uśmiechem. Mogą być kontrowersyjne, chociaż prywatnie dla mnie w żadnym razie nie są. Czy jest to mój własny brak wrażliwości, jak usłyszałam, czy specyficzne poczucie humoru, tego nie wiem. Może śmieszą mnie dlatego, że celnie wytykają wady kościołów a moja głęboka wiara, że bóg nie istnieje, sprawia, że nie mogę się rysunkami tygodnika paryskiego bardzo oburzyć. Mam też poczucie, że rozmowa nie powinna dotyczyć jedynie rysunków i reakcji fundamentalistów na żarty z Mahometa, w moim przekonaniu bardzo subtelne zresztą żarty, lecz rozmowa powinna dotyczyć sposobu, w jaki oba, tak odległe od siebie światy, zachodni i muzułmański, można połączyć.

Czytaj dalej

Wysłannicy piekła

Jest ich dwóch, biały i czarny. Strażnicy Wuchang byli kiedyś ludźmi. Po ich śmierci, samobójczej lub z żalu, nie ma w tej sprawie zgody, zaopiekował się nimi Yanwang, król chińskiego piekła. Postanowił wykorzystać nieszczęśników w piekielnym interesie. Biały Wuchang (Męska Niestałość) wędruje na ziemię i sprowadza do piekła dusze, tych, którzy mają mniej niż pięćdziesiąt lat. Czarny Wuchang (Żeńska Niestałość) zajmuje się tymi po pięćdziesiątce. Towarzyszą im dwa demony. Demon z końskim łbem nazywa się Mamian, demon z byczym łbem na imię ma Niutou.

Wieje

„Wieje i rozwiewa nas” śpiewał Lech Janerka. Miał na myśli wprawdzie znacznie więcej niż tylko 200 metrów kwadratowych dachu budynku Hipoteki warszawskiej, zerwanych przez wiatr dzisiejszej nocy, jednak trudno nie myśleć o jego słowach, patrząc za okno. Dach Hipoteki po spotkaniu z żywiołem wygląda tak, jakby żywioł się w niego wysmarkał i jako chusteczkę zmiętą porzucił na chodniku, a minęła dopiero pierwsza noc, czyli mamy za sobą zaledwie początek wiania.

Czytaj dalej

Starsze wpisy

© 2018 Ewa Jałochowska

Theme by Anders NorenUp ↑

Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial