Ewa Jałochowska

Historyk sztuki, pisze książki

Tag: azja (strona 1 z 2)

Miłe słowa o „Duchach…”

Na blogu moznaprzeczytać.pl pojawiła się bardzo piękna recenzja „Duchów Singapuru”. Jej fragment poniżej:

„(…)Duchy Singapuru” Ewy Jałochowskiej to wyjątkowa, przepiękna i wartościowa opowieść. Mimo poruszenia niełatwej i kontrowersyjnej w naszym kraju tematyki, autorka zrealizowała swój oryginalny pomysł z lekkością, wdziękiem i elegancją. Było to nie lada wyzwanie, któremu bez wątpienia sprostała. Warto też wspomnieć o formie przekazu – lekkim stylu, ciepłym i dowcipnym oraz o doskonałej polszczyźnie. Do lektury „Duchów Singapuru” zachęcam i dzieci, i młodzież, i młodych (duchem, umysłem) dorosłych – ci pierwsi mogą odnaleźć w niej odpowiedzi na wiele nurtujących i pytań, a ci ostatni – na nowo odkryć w sobie dziecko. Jej lekturę (najlepiej – wspólną) szczególnie polecam rodzinom wielokulturowym i wielowyznaniowym; tym, które szukają swojego miejsca za granicą i tym, które zmagają się z problemem choroby, starości i śmierci. Jestem przekonana, że posiada ona terapeutyczną moc, pozwalającą zrozumieć sens trudnych życiowych doświadczeń i pogodzić się z nimi.(…)”

Ho ho! Serdecznie dziękuję za miłe słowa!

Tengu

Idąc ulicą lubię przeglądać się w oknach samochodów. Jestem doskonały. Mam dobrą figurę. Uśmiech wycięty od ucha do ucha, uszy drobne, zgrabne, nos odpowiedni do ludzkiej twarzy, włosy krótkie, lśniące. Nie wyróżniam się, nie krzyczę głośno, nie jestem za głupi ani za mądry, mam gładkie obycie, wzorową życzliwość. Wsiadam do tramwajów na czas, kasuję bilet, oddycham kiedy trzeba, jem pięć razy dziennie w niewielkich ilościach. Płacę podatki. Ubrania piorę i myję się pod pachami. Zapachu swojego nie czuję. Na wszelki wypadek zawsze noszę ze sobą taśmę klejącą i klej w tubce, z którym się nie rozstaję. Gdy tylko czuję, że nos mi się wydłuża, że twarz płonie do czerwoności, włosy zamieniają się w wiszące strąki, paznokcie wyrastają w szpony, że złość mną trzęsie, wtedy szybciutko wyciągam taśmę i podklejam maskę, żeby się nie zsuwała. W masce nikt nie dostrzeże we mnie Tengu, złośliwego ducha, który opętał człowieka.

Kappa

Koniec dnia, zachód słońca rozlewa się ponad górami jajeczno-pomarańczowym światłem. Wiatr cichnie, kwiaty składają płatki w ciup, pszczoły nie bzykają, ptaki śpiewają wieczorną melodię… i tak dalej w podobnym stylu. W zimnym górskim strumieniu, za trzecim zakolem w stronę powalonego pnia drzewa, na zielonym kamieniu z rdzawym nalotem po lewej stronie, siedzi Kappa i moczy nogi. Przymyka oczy i stara się nie myśleć.
– Nie myśleć – powtarza cicho i jego słowa unoszą się ponad wodą, rozpełzając i zakrywając okoliczne łąki.
Kappa opiera zrogowaciałe łapy na kamieniu i pochyla się nad powierzchnią strumyka, którą zasłania już wieczorna mgła.
– Nie widzieć – powtarza sobie – nie widzieć.
Gdyby spojrzał zobaczyłby najbardziej żałosną istotę pod zachodzącym w tej chwili słońcem. Żółwia o małpiej głowie, o łapach obciągniętych twardą skórą. Stworzenie spomiędzy światów, bo nie należy całe ani do wody ani do ziemi. O powietrzu marzyć nawet nie powinno. Wyglądem jednak Kappa aż tak się nie przejmuje. Zawsze może na swoje odbicie nie patrzeć. Myśli o czymś innym…
– Nie myśleć! – upomina siebie, ale nie myśleć jest najtrudniej. Łatwo nie wąchać, łatwo nie dotykać, łatwo nie patrzeć i nie jeść. I nawet można nie słyszeć, gdy wędrowcy mówią przy nim nieuprzejme słowa. On, strażnik uprzejmości, którego zadaniem jest karanie tych niegrzecznych, może grzecznie ich przeklinania nie słyszeć. Lubi ich nie słyszeć, woli nawet ich nie słyszeć, bo nie lubi nikogo karać. Ale nie usłyszeć przekleństw, wypowiadanych przez innych jest łatwo. Trudniej nie usłyszeć własnych myśli, w których pojawia się tylko i jedynie wulgarność.
– Nie myśleć! Nie myśleć!
Słońce zachodzi i ciemność opada na strumień, kamień i na siedzącego na nim Kappę. Strażnik zasłania pazurami małpi pysk i szlocha. Jeśli ciągle będzie myślał nieuprzejme rzeczy, będzie musiał wciąż i bez końca karać sam siebie.

Słoniotygrys

– Mówiłem ci przyjacielu, że to się źle skończy – westchnął słoń i położył trąbę na grzbiecie tygrysa, który płakał rzewnie. Z czułością przesunął po piaskowej sierści w dół i w górę,
– Mówiłem, żebyś nie głaskał mnie pod włos!
– Phi! – żachnął się słoń urażony. – Królewna ma fochy.
– Nie gniewaj się – mruknął tygrys. – Denerwuje mnie ta sytuacja… Coś gryzie mnie pod lewą łopatką. Słoniu, szybko, podrap mnie proszę.
Słoń rozwinął trąbę i zanurzył w tygrysim futrze.
– Lepiej?
– Lepiej – odparł tygrys. – Denerwuje się – mówił dalej – A jeśli nam nie uwierzą?
– Nie rozumiem. Mówiłeś przecież, że zrobią dla nas wszystko… – słoń zaczął szarpać się i po chwili obaj, tygrys i słoń, przewrócili się na bok.
– Co ty wyprawiasz?! – jęknął tygrys.
– Noga mi ścierpła. Musiałem ją rozruszać.
– No to rozruszałeś i teraz leżymy – ryknął trygrys. – Może zapomniałeś, że utknęliśmy razem w sieci, na samym dnie dołu!
– Może zapomniałeś, czyj to był pomysł? – warknął słoń. Tygrys skulił uszy i westchnął:
– Nie zapomniałem. Myślałem, że będą się nas bać jeszcze bardziej, gdy będziemy udawali słonia z głową tygrysa.
– I bali się – zaśmiał się słoń – pamiętasz, jak uciekali, gdy pierwszy raz zobaczyli nas na polanie. „Słoniotygrys!” krzyczeli. Ale z nich głupki! Nic się nie martw tygrysie. Przyjdą do dołu, zobaczą, że w sieci nie ma słonia z łbem tygrysa, lecz jest słoń z głową słonia i zwykły tygrys ze zwykła głową, głupią, ale…
– No! Uważaj słoniu – mruknął tygrys.
– Chcę tylko powiedzieć – wyjaśniał słoń – że nas wypuszczą.
Tygrys, słysząc naiwne słowa przyjaciela tylko przymknął oczy:
– Ty ich nie znasz, tak jak ja. Król Phan chciał nas złapać na swoją chwałę…
– Nie nas, tylko słoniotygrysa – poprawił słoń.
– Słoniotygrysa chciał złapać na swoją chwałę – tygrys kręcił głową – pomyśl jednak, jak będzie się czuł król pozbawiony swojej chwały? Nie dopuści do poniżenia królewskiej osoby. Nigdy nie przyzna się, że mityczne zwierzę, o którym trąbi cały pałac, nie istnieje. Przyjdzie tu, stanie na brzegu dołu, popatrzy na nas i powie: „Wielka jest władza króla Phana na ziemi, skoro pojmał mitycznego stwora, słoniotygrysa!”.
– Nie wierzę ci.
– Tak powie. Słyszysz tętent orszaku? Już się zbliża.
Tygrys miał rację, królewski orszak szedł przez las. Król Phan siedział na słoniu i puszył się. Ciekawość wprawiała go w drżenie. Strażników w drżenie wprawiał strach, na myśl, który pierwszy z nich zginie, gdy król zobaczy, co naprawdę wpadło do królewskiego dołu. Gdy znaleźli się blisko, król, przy pomocy sług, zszedł na ziemię. Pochylił się nad dołem nisko. Spojrzał w oczy tygrysowi. Spojrzał w oczy słoniowi. I pewny siebie zakrzyknął:
– „Wielka jest władza króla Phana na ziemi, skoro pojmał mitycznego stwora, słoniotygrysa!”.

Tsuchigumo

Jak zaczarowany szedł za kobiecym śpiewem, wyobrażając sobie wszystkie przyjemne chwile, które czekają go, gdy tylko dotrze do śpiewającej piękności. Jej nogi długie i gładkie, jej szyję łabędzią, pochylającą głowę skromnie, oczy pokorne i posłuszne, skórę delikatną. Myślał o zakrytych jej partiach, które śpiew obiecywał przed nim odsłonić. Jeszcze tylko kilka kroków i zaspokoi pragnienie. Stanął przed nią, kobieta zamilkła i wyciągnęła w jego stronę śnieżnobiałe dłonie. Nie podnosiła oczu, lecz on nie bał się patrzeć. Stała przed nim skromność, czystość i delikatność. Szyja, szczelny szlafrok, wysuwające się spod niego kostki. Chciał coś powiedzieć, lecz ona rozchyliła usta pierwsza…
Zamarł. Powstrzymał odruch. Cóż to za zapach wydobywa się z jej pięknego ciała. Te gnijące resztki to nie może być ona! Odwrócił się do drzwi. Gdyby tylko miał chwilę na zastanowienie, gdyby tylko jej ręce nie wpijały się w jego ramiona tak mocno. Może wtedy zdołałby pomyśleć, ale myśl przez oddech się nie przedarła. Jej łabędzia szyja zamieniała się już w owłosiony odwłok, oczy w czarne, błyskające ślepia, nogi w monstrualne odnóża, usta w ostre szczęki, które pożerały właśnie jego głowę. Tsuchigumo, japoński pająk, powrócił do swej naturalnej postaci.

Stonoga

Hidesato stał z łukiem w dłoniach. Nie spuszczał wzroku z potwora, równego górom, w których zresztą mieszkał. Monstrum także dostrzegło wojownika. Skrzywiło paskudną mordę. „Aha!” zakrzyknęło złowieszczo i wysunęło w stronę Hidesato pierwszą nogę, potem drugą, trzecią, a potem czwartą, piątą, szóstą, siódmą i ósmą… Japoński bohater nie czekał aż na drodze pojawią się dziewięćdziesiąt dwie pozostałe nogi. Chwycił łuk, poślinił strzałę i zabił gigantyczną stonogę, zanim ta zdołała pożreć jego.

Tygrysołak

Tygrys bywa zwierzęciem przyjaznym człowiekowi, symbolem mocy, dlatego przedstawiany jest często ze skrzydłami. Na nim jeździ chiński bóg bogactwa. Hinduska para, Śiwa i Durga (niszczycielskie wcielenie bogini Kali), jest związana z tygrysem. Bóg nosi jego skóry, a Durga dosiada zwierzęcia. Jest i bóg-tygrys Kalaćakra. Według malajskich baśni w tygrysa zamienił się chłopiec, który był często karany przez surowego nauczyciela. Pręgi na skórze tygrysa to ślady bata, którym chłopca bito. W całym regionie Azji Południowo-Wschodniej istnieje też przekonanie, że ludzie mogą przemieniać się w tygrysy, tak jak i tygrysy potrafią przemieniać się w ludzi. Jeśli człowiek ma czarną kropkę z tyłu pleców, znaczy to, że był tygrysem. Jeśli tygrys nie ma ogona, znaczy to, że był człowiekiem. Przemiany nie zawsze czynią z tygrysa dobrego kotka. Macan gadungan jest tygrysem krwiożerczym, w którego wcieliła się dusza w czasie snu. Dusza jest nieświadoma krwawych czynów, dokonywanych pod postacią drapieżnika, chociaż nie zawsze. Są ludzie, którzy, korzystając z magii, prowokują tygrysią metamorfozę.

Piękna katastrofa

Księżycowy projekt, nad którym pracuję od ponad roku (więcej tu), doprowadził mnie pod rozłożyste drzewo z początku świata. Pisząc chciałam pod nie trafić, jednak nie chcialam pod nim utknąć a utknęłam. Muszę zastanowić się, w którą stronę podążyć dalej. Mam więc chwilę, aby posiedzieć i poczytać o początku świata a może gdzieś, pośród mitów odnajdę drzewo, którego szukam albo wyhoduję nowe.

Czytaj dalej

Taraka

Żeńskie demony są najstraszniejsze. Taraka była jednym z nich. Mieszkała nad brzegiem Gangesu i żywiła się podróżnikami, wędrującymi wzdłuż rzeki. Zginęła pokonana przez Ramę i jego brata, wiernego towarzysza, Lakszmanę.

Kot o zimnym sercu

Kot, koteczek, bohater internetowych memów, nie wszędzie budzi macierzyńskie uczucia. Dla Malezyjczyków kot może ukrywać w sobie badi, czyli złego ducha. Gdy badi puszystą łapą dotknie zmarłego, może przeniknąć do jego ciała, przejąć nad ciałem władzę i ożywić jako upiora.
W Japonii panuje przekonanie, że koty mogą rządzić zmarłymi i demonami. Dlatego marynarze zabierali ze sobą na statek kota, aby chronił ich przed morskimi duchami topielców.
Koty są zwierzętami o nieludzkich mocach, złośliwymi i przeklętymi, które mogą stać się wielkie, gdy tylko zechcą i straszyć, przenikając przez ściany i krzywiąc pyski szkaradnie. Dlatego Japończycy mawiają: „Kiedy umarł Budda, nie zapłakał tylko kot o zimnym sercu”.

Starsze wpisy

© 2018 Ewa Jałochowska

Theme by Anders NorenUp ↑

Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial