Nie umiem napisać o szczelinie. Naprawdę. Mój mały, nieuniwersalny dramat. Ona tam jest. Pomiędzy metrem a peronem przekraczam ją. Spowalnia mi krok, rozciąga go. Ale ja i tak nie umiem o niej napisać. Jest tak pełna symboli, że już w pierwszym zdaniu staje się tandetna, pretensjonalna i nie do zniesienia. Noszę ją ze sobą w kieszeni, wsuwam do niej palce, przez co rękawiczki rosną mi a ręce maleją. Przez przypadek wrzuciłam do niej dwa stare bilety, sporo paragonów, jedną wełnianą czapkę, guzik, pudełko po pustym kremie. Zaginął w niej kolczyk i pęknięty ołówek, nieudane teksty, byle jakie myśli, to akurat dobrze. Wyginęło w niej kilka zagrożonych gatunków. Upadały tępo. Betonowa wylewka nie wydała dźwięku. Nic ponad to. Banalna pustka w ciemności pod metrem. Tkwię w tej szczelinie. Skojarzenia mam gładkie. Nie ma jak się wydostać.

Ilustracja: Max Ernst, The Horse He’s Sick, 1920, Moma.