Ludy syberyjskie wierzyły, że szamanem stać się może jedynie człowiek chory. Taki człowiek widzi więcej. Przed takim otwierają się przestrzenie nieznane ludziom zdrowym. W ten sposób właśnie stałam się szamanem. Choroba nie była ciężka, ale wystarczająca. Po niej uświadomiłam sobie istnienie tego, co nieuświadomione, czyli zatok przynosowych. Ich zapalenie skazało mnie na spóźnione odkrywanie anatomii. Zrozumiałam jakież zachwycające bogactwo przestrzeni kryje system kanałów połączonych, których ujściem są dwie skromne dziurki mojego nosa. A skoro już ich istnienie stało się dla mnie jasne, zaczęłam je zwiedzać. Początkowo wchodziłam nieśmiało. Doskwierał mi brak mapy. Starałam się zapamiętywać znaki szczególne. Zadrapania, kępki trawy, przekrzywione w czasie kichnięcia drzewa. Kroki należało stawiać ostrożnie. Podłoże odsłaniało zwodniczą naturę. Raz odsłaniało, a raz bez zwłoki wciągało. Wygrzebywałam się wtedy z nosa z mozołem. Obolała i ściśnięta dawałam sobie kilka dni odpoczynku od poczucia przestrzeni. Potrzeba jej wracała i to z coraz większą mocą. Metro pełne ludzi, przepełnione ulice, sklepy, klaustrofobiczna świadomość kierunku toczenia się świata, ku przepaści, sprawiała, że przestrzenie wewnętrzne wołały głosem, któremu oprzeć się nie byłam w stanie. Wprawdzie widziałam tylko wąskie korytarze, lecz spodziewałam się ich otwarcia. Zabrałam więc do plecaka kilka drobiazgów. Czerwoną włóczkę zawiązałam w supeł u wylotu jaskiń i z kłębkiem zapuściłam się w głąb. Po kilku dniach wspinaczki moje nadzieje spełniły się. Zaglądam w świat niezmierzony. Rozwinęłam cały kłębek, więcej włóczki już nie mam. Zrozumiałam, że wejść oznacza zagubić się, porzucić drogę powrotną. Wchodzę.