Tekst ukazał się w roku 2006 na stronach portalu Polskiego Radia.

Do Bożego Ciała jeszcze daleko, prawie miesiąc. A tu na łąki pod górą Jeżową wychodzą strażacy, sztandary niosą, w mundury są ubrani – pełna gala. A przecież tamta niedziela nie była bardziej święta od innych. Jakie tam święto, sztuczne święto – mówi zaprzyjaźniony etnograf o Święcie Kwitnącej Jabłoni. Święta mogą być doroczne, rodzinne, obrzędowe, ale to… A sztandary Władysława Hasiora się kołysały i w amfiteatrze na szczycie łąckiej góry stanęły. Co nimi chciał artysta uświęcić?

Trudno się od skojarzenia z Bożym Ciałem opędzić. Choć przecież okazja, która ludzi na Jeżową przygnała, zupełnie świecka. Już bardziej świecka być nie może. Władze, w 1947 lub 1948 roku, Święto Kwitnącej Jabłoni do życia powołały. Były występy zespołów regionalnych i kabarety przyjeżdżały, żeby wesoło było. No, a w 1968 roku to nawet słynny artysta z Zakopanego – Władysław Hasior wziął udział i specjalnie te sztandary przygotował. Nie wszystkim się podobały: „Tak wygląda to jakby kościelnie, a do kościoła jeszcze daleko, bo tu dopiero rynek. Idą tak jakby na jaką kalwarię, czy do Ziemi Świętej”. Góralom się nie podoba. Strażacy też sceptyczni: „Proszę Pana, my po prostu nie wiemy, z czym ma się nam to kojarzyć” – mówili Wiktorowi Osiatyńskiemu z paryskiej „Kultury” w 1973 roku.

Hasior wyjaśniał: „Od początku chodziło mi o rozziew między intencjami pięknie wypisanymi na sztandarach i w najładniejszą niedzielę noszonymi publicznie, a tym co się dzieje od poniedziałku do następnej niedzieli. Najpierw chciałem powiedzieć, że to sztandary kłamią, ale potem okazało się, że to winna gnuśność ludzka. Od czasu do czasu trzeba przejść się pod urodą sztandaru, by nabrać wiary we wspólne czyny i zamierzenia”. Nie są sztandary wyjątkiem wśród hasiorowej twórczości. Nawiązywał do religii, przyklejał Chrystusy spadające do wody. Mity, jarmarki, wierzenia i kościół – wszystkie znalazły u niego swoje miejsce. Nawet zwiastowanie pod postacią telefonu się znalazło – już nie przez średniowieczne ucho, lecz przez słuchawkę dobrą nowinę można usłyszeć. Mnóstwo o nim napisano, ale jednego, obowiązującego zdania wciąż nie ma. Nie wiadomo, jak go do historii sztuki wpisać; czy był artystą wielkim i wielosezonowym, czy jednak tylko „czasowym”: przez władzę komunistyczną i w porozumieniu z nią istniejącym, jak uważa Bogusław Deptuła: „Awangardyzm, obrazoburstwo i niepowtarzalność Hasiora zostały starannie włączone w mechanizm funkcjonowania socjalistycznej kultury, która w ten także sposób udowadniała swoja otwartość”.

To by nawet pasowało – komunistyczne Święto Kwitnącej Jabłoni, kościelne pierwowzory sztandarów, wobec których – jak sam przyznaje Hasior – chciał być początkowo zgryźliwy, chciał zadrwić z nich; procesja ze strażakami, że niby te kościelne hasła na sztandarach zostaną zdegradowane, zlecą na łeb, na szyję z nieba na ziemię. Takie być może były intencje artysty, człowieka z władzą zaprzyjaźnionego, artysty przez nią hołubionego. Dlatego się te sztandary mogły nie podobać, zbyt mocno kojarzyły się ze świętami, z sacrum, sacrum jednocześnie nie będąc i kojarzyły się z Hasiorem, który jednak nigdy przeciw władzy nie występował. Same słowa artysty – „nabrać wiary we wspólne czyny i zamierzenia” – są jak ze sztandarów, tylko zupełnie nie kościelnych.

Ale jakie intencje naprawdę miał Hasior? Czy chciał sztandary wynieść, czy pogrążyć? Tego się może nigdy nie dowiemy i być może nie ma to już znaczenia, bo niespodziewanie, również dla samego twórcy, sztandary się obroniły. Także przed czasem, choć inne jego prace już nie funkcjonują.
Co do tego wszyscy są zgodni. Sztandary się Hasiorowi udały, udało mu się zrobić je wielowymiarowymi. Trochę jak Rene Magritte, który pisał pod rysunkiem fajki – „to nie jest fajka”, Władysław Hasior zaburzył odczytanie powszechnie znanego i w dodatku uznanego znaku, jakim były kościelne chorągwie nierozerwalnie związane z odczuwaniem bożej obecności. Nie opluł ich, nie sponiewierał, tylko dopisał znaczenia. Najważniejszy był ów moment skojarzenia sztandarów – dużych, kolorowych, podłużnych chorągwi, umieszczonych na wysokich, kilkumetrowych kijach – z otwartą przestrzenią i procesją, która szła z nimi po nowosądeckiem niczym w Boże Ciało. Dopiero wtedy „Sztandar polski” czy „Sztandar ofiarny” zyskały kontekst tradycji i kościoła. Chcąc nie chcąc, Hasior podniósł swoje chorągwie do rangi świętości. Co uświęcał?

Nie uświęcał nieba, choć jest wśród sztandarów Matka Boska. Mówił: „Spójrz Pan na to, co tu kleję. Głowa tej postaci jest głową Madonny z Krużlowej. Mam szlachetne oczekiwanie, by ktoś tej głowy nie odczytał tylko jako Matki Boskiej, ale pamiętał nade wszystko o tym, że jest to nie tylko Matka Boska, lecz skarb kultury narodowej”. Jeśli wierzyć w jego słowa, chciał się Hasior od kościoła za wszelką cenę oderwać, sprowadzić na ziemię, a na ołtarze wynieść człowieka, umieścić go na nich zamiast Boga. Przecież to oczywiste bluźnierstwo! Na ołtarz trafiły ludzkie „przypadłości”: wyniesiona sztandarem została ekstaza, i emeryt został świętym, i robotnik. Niezależnie od intencji jednak, hasiorowe bluźnierstwo zyskało wymiar uniwersalny – właśnie przez tę nieoczekiwaną zmianę miejsc: Bóg – człowiek. Od wcześniejszych prac różni go spójny zamysł: ludzki wymiar podniesiony do sztandaru; i oczywiście obrazoburczy kontekst. „I zaczęli ludzie opuszczać amfiteatr i schodzić w dolinę, by patrzeć na góry, po których Hasior wraz ze swą kompanią strażaków nosił sztandary niczym jaką świętość. A dla tych, którzy na to urzeczeni patrzyli, nie było to już żadne świętokradztwo, tylko uświęcenie sztuki”.

I tak oto zostało uświęcone bluźnierstwo. A w imię czego, tylko sam Hasior mógłby opowiedzieć. Jednak sztandary przetrwały i komunę, i samego twórcę, w pewnym sensie go rozgrzeszając – bo jeśli kierowały nim jakieś słabości, to stworzył dla nich miejsce właśnie na sztandarze. I – choć to może twierdzenie ryzykowne – uświęcił sam siebie.