Sprawa oznaczona w dokumentacji jako „zaczarowane tenisówki” do tej pory nie została ujawniona. Decyzję o utajnieniu rada podjęła jednogłośnie, po wycofaniu produktu. Przedsiębiorstwo rozwijało się stabilnie i ryzyko nie było konieczne. A ryzyko istniało. Jedno nieostrożne słowo mogło popsuć markę. Słowo, skojarzenie, komentarz prasowy. Komentarzy należało się strzec. Nie tylko dla dobra marki. Nie tylko taśma produkcyjna się liczy. Przez pierwsze minuty zebrania uczestnicy milczeli. Drzwi zamknięto na klucz. Ściany były wyciszone, szyby kuloodporne. Zebranie odbywało się wysoko. Numer piętra nie ma znaczenia. I tak został utajniony. Telefony wyłączono. A głosowanie? Dyskutowano dla przyzwoitości i wszyscy byli za. Bo jak powiedzieć klientowi, że miał w rękach produkt rewolucyjny, ale się na nim nie poznał? Magii w trampach było niewiele. Jedynie nazwa. Reszta to technologia. Lecz ukryta. Cała koncepcja promocji opierała się na założeniu, że istoty działania tenisówek sprzedawanych jako „zaczarowane”, czyli mechanizmu ich uruchamiania, opinia publiczna nie pozna. Rada pozostawiła sprawę przypadkowi. Ktoś będzie musiał się zorientować, że tenisówki dają moc siedmiomilowych butów. Albo nie. Rada zobowiązała się do milczenia i czekała. Mimo nieświadomości klientów produkt sprzedawał się bardzo dobrze. Wystarczyły słowa klucze: „zaczarowane” i „spacer w chmurach”. Odbiorcom wystarczyło marzenie. Czy po latach warto ujawniać, co społeczeństwo utraciło? Na powtórnie zwołanym zebraniu rada znowu zadecydowała, że nie. Konsekwencji nie da się przewidzieć. A zresztą w radzie byli i tacy, którzy uważali, że z całą tą sprzedażą, niezrozumieniem i niewykorzystaniem możliwości „zaczarowanych tenisówek”, nawet dobrze się stało.

ilustracja: Paul Klee, Pÿramide, 1930. Bern, Zentrum Paul Klee.