Gdy wstaję rano i patrzę w lustro, widzę swoją twarz, a raczej pysk, a z nim wszystko to, co jest ze smoczym losem i charakterem związane. Mam skórę twardą i oczy surowe, lecz przenikliwe, a wewnątrz smoczego worka, zakończonego ostrymi zębami, noszę wszystkie układy odpowiedzialne za trwanie. Żeby smocze ciało mogło iść, ja muszę jeść, słuchać, węszyć, gryźć, połykać. Nie różnię się w tym zresztą od rycerza. On działa bardzo podobnie. Wstaje rano, patrzy w zwierciadło. Potem musi gryźć, przeżuwać, popijać. A potem myśli o mnie i idzie. Wiem, że Esfandiar jest już w drodze. Za dzień lub dwa, przy wejściu do jaskini ustawi swój wóz, zaprzężony w siwe konie. Sam schowa się we wnętrzu drewnianej skrzyni, uzbrojonej w kolce sterczące wysoko. Ja będę musiał skrzynię połknąć i to razem z wozem. Żadna przyjemność, bo gdy skrzynia utknie mi w gardle, kolcami raniąc śluzówkę, wojownik wychynie z niej i wbije mi miecz w mięso od środka. Zły smok zginie, dobry rycerz ujdzie z życiem i zostanie bohaterem. Każdy musi odegrać przeznaczoną mu rolę. Czasem jednak patrzę w lustro i zastanawiam się, co by było, gdyby ten jeden jedyny raz jakiś smok się nie zgodził. Ciekawe, co wtedy zrobiłby mój rycerz?