Słucham piosenki zespołu Solala. Trzech mężczyzn i jedna kobieta. Żadnych instrumentów. Słucham i myślę o kuchni. Gdy słońce ukośnie pada na parapet, przez okno widać lato z Toskanii. W oknie staje Emily Dickinson i zasłaniała światło.
– To nie jest kuchnia z mojego wiersza. – mówi i okręca szyję chłodnym szalikiem.
– Może zrobię ci herbaty? – proponuję – Powinnaś uważać na nerki.
Emily wzrokiem gasi ogień pod czajnikiem. Nie będzie pisać wierszy o nerkach. Woli zostawić na śniegu ślad delikatniejszy. Dopóki więc patrzy przez okno, trwa zima.
– Ktoś puka – mówię zadowolona, że Emily pójdzie otworzyć. Gdy wychodzi, toskańskie lato czerwieni ściany. Nareszcie mi ciepło. Słucham piosenki w słonecznej kuchni z zamkniętymi oczami i bez otwierania wiem, kiedy wraca Emily. Niebieszczą się powidoki.
– Kto przyszedł? – pytam patrząc na nie.
– Listonosz. Przyniósł brak wiadomości dla ciebie.
– Odsłonisz zasłony? – nie wiem, po co proszę Emily. Ona wcale mnie nie słucha. Wyjmuje z kieszeni podręczny zmierzch i w kuchni nakłada cienie.