Ludzie świetnie by się dogadywali, gdyby nie słowa, powtarzał mi często Tata.
– Po co mnie pytasz o zdanie, jeśli i tak robisz po swojemu? – pytał. A ja tłumaczyłam mu po raz setny, że we własnych sprawach podejmuję własne decyzje, ale chciałabym wiedzieć, co o nich sądzi, ponieważ szanuję jego zdanie, ale chcę zadecydować samodzielnie. Bywał o to zły. Tak bardzo bywał zły, że wysyłał mi potem niezrozumiałe esemesy, jakieś znaki zapytania. Ależ się na niego denerwowałam.
– Co to jest? – wykrzykiwałam.
Złościliśmy się na siebie, ale krótko. Następnego dnia, czasem po dwóch, górach trzech, dzwoniliśmy do siebie:
– Cześć, Tata! Co tam słychać?
– Cześć, córka!
I znowu wszystko było po staremu, i znowu dyskutowaliśmy, znowu mieliśmy inne zdania i znowu dostawałam po kłótni te dziwne niezrozumiałe esemesy.
– O, rany, czego ten Tata chce? No co ja znowu zrobiłam? – złościłam się.
Gdy po śmierci Taty trzymałam w ręku jego komórkę przyszło mi do głowy, że sprawdzę, co to za niezrozumiałe znaczki Tata wysyłał mi w esemesach. Otworzyłam wiadomości, kliknęłam na mój folder i oniemiałam. Natychmiast wyjęłam swoją komórkę, otworzyłam wiadomości, kliknęłam folder „Darek” i dla pewności położyłam obok siebie oba aparaty, żeby je porównać. Tam, gdzie u mnie znajdowały się znaki zapytania i dziwne znaczki wysyłane mi przez Tatę, w Taty aparacie znajdowały się uśmiechnięte buźki mrugające do mnie serduszkami zamiast oczu.