Chciałam zrobić sobie selfie. Nic to wstydliwego. Nie potrzebna drwina. Jak każdy potrzebowałam przejrzeć się w sobie i własnym spojrzeniem przekonać się, czy jeszcze istnieję. Sprawa istotna. Przekonać się i utrwalić swoją obecność. A tak naprawdę wcale nie utrwalić, lecz ją wytworzyć od nowa. Zrobić sobie selfie, czyli zrobić siebie. Stanęłam więc do siebie. Oparłam się o ziemię obiema stopami. Uniosłam głowę i ramię z telefonem. Napięłam mięśnie, ułożyłam usta, wyostrzyłam oczy. I już prawie się zrobiłam, siebie oraz selfie, gdy niespodziewanie selfie się uchyliło, odwinęło i zamiast siebie, zrobiło krok w bok i uciekło. Zostałam sama, niepewna, na drżących nogach z ramionami bez siły. Niemiła i zbędna chwila zwątpienia. Nieprzyjemna, ale za to krótka, bo zaraz powróciły rumieńce, silny uścisk dłoni, dynamiczny krok. Mięśnie twarzy przybrały wyraz nonszalancji. Oczy zalśniły, zęby odsłoniły się w perłowym uśmiechu nie za szerokim, ale niezbyt wąskim, zalotnym i skromnym. Chciałam je rozchylić, żeby coś powiedzieć, jednak zamiast słowa uszło ze mnie powietrze bezdźwięcznie. I zrozumiałam, że wprawdzie nie udało mi się zrobić sobie selfie, ale za to selfie robi sobie mnie.