Plac był szary. Tylko mewy jaśniały na tle brudnawych budynków. Okna pozostawały niewidoczne dla przechodniów w dole. Przez chwilę myślałam, że na chodnik pada różowy śnieg, ale były to tylko mewie łapki opadające z góry. Ptaki znikały w kałużach, wynurzały się z rybą w dziobie i przysiadały przy szarych kawiarnianych stolikach. Ryba na talerzu była gorąca. Trzeba było podmuchać, żeby nie poparzyć dzioba. Poczułam głód, więc z torby wyciągnęłam wędkę. Chłód chodnika doskwierał, bo nie zabrałam z domu wędkarskiego stołeczka. Szczęśliwie czekać nie trzeba było długo. Żyłka napięła się. Chwilowy opór kołowrotka zelżał i ponad taflą wody ukazała się nie ryba, lecz mewa. Rozwinęła skrzydła, jedną nóżkę, różową, podkuliła, lecz druga w skórzanym bucie wciąż ciążyła ku wodzie.
– Zablokowała mi się o konar sznurówka – westchnęła – ten but mnie kiedyś wykończy.
Oparła się o mnie, żeby nie stracić równowagi i uniosła nad chodnik spływającą wodą nogę:
– Zawiążesz?
Zawiązałam i mewa w jednym bucie odleciała. Na brzegu kałuży została dla mnie ryba. Siadłam więc przy stoliku zamyślona nad pełnym talerzem. Założyłam nogę na nogę i z różowej błony pomiędzy palcami wydłubałam tłustego robaka. Będzie na deser.