Metro rusza i trzeba szybko znaleźć dla siebie miejsce. Pora taka, że pustawo, jednak wszystkie fotele zajęte. Stanąć więc nad kimś należy. Starsze panie w beretach, młodzi, szczupli mężczyźni. Dwie nastolatki. Najbliżej drzwi mężczyzna z zarostem. Czerwoną kurtkę zapiął wysoko. Do niego ciągnie. Staje się więc nad nim i wącha, bo zapach się wokół niego unosi miodowy. Miód, wosk pszczeli. Jakby prosto z pasieki jechał i jeszcze palce miał utytłane. Oczywiście nie może mieć palców w miodzie. Zresztą nie widać ich, bo mężczyzna trzyma je schowane w luźnych rękawach kurtki. Kurtka czysta. Żadnych resztek. Tylko ten zapach jak z ula. Metro jedzie. Prawie puste, pasażerowie zapatrzeni gdzieś indziej. I właśnie wtedy mężczyzna dłoń z kurtki wysuwa. Do ust unosi. Resztki miodu językiem zlizuje. Rozpina kurtkę i drapie się po porośniętym brunatną sierścią brzuchu czarnym pazurem wyrastającym z niedźwiedziej łapy. Metro zatrzymuje się, mężczyzna wstaje. Kurtkę szybkim ruchem zapina i łapy w czerwone rękawiczki chowa. Zapachu miodu znika razem z nim. I nie wiadomo kto kogo i po czym podrapał.