Radość życia, skąd ją brać. Otóż mam sposób, czasochłonny, ale skuteczny. Robi się to tak: kupuje się kurtkę. Zbiera się na nią, a nawet oszczędza, bo jest porządna gruba, droga, co oczywiście względne, ale jednak coś tam trzeba za nią zapłacić. Przymierza się. Szału nie ma, ale cieszy z rozsądku, bo gruba, porządna. Nosi się ją, choć niedługo, bo kurtka dobra i zakrywa wprawdzie wszystko, co powinna, jednak wygląda nieszczególnie, workowato, niekobieco. Odwiesza się ją więc do szafy i zapomina. Jest to konieczny etap odzyskiwania radości życia. Nie ma się ciepłej kurtki. Są inne krótsze, cieńsze, bardziej kobiece. Chodzi się w nich przez kilka lat. Choruje się, odmraża sobie palce, kaszle i coraz częściej mysli: jaka szkoda, że na porządną kurtkę człowieka nie stać. Mija kilka lat. Dajmy na to dziesięć. Jest zima. Przypadkowo w szafie, w jej najciemniejszym kącie znajduję się kurtkę. Długa, ciepła, prawie nowa. Przymierza się. Ależ ta kurtka jest ładna! Radość odzyskana.