Na niebie świecił żółty liść a niebo było gładkie. Porcelanowe wieko, czyste złoto, korona królów, barwa ciepła i kruszec miękki. W dotyku delikatny, w skojarzeniu równy tysiącu słońc utopionych w bizantyńskiej emalii. Błękitna farba zastygła pomiędzy ściankami. Stałam i patrzyłam na nią od rana. Oczy bez powiek chłonęły żar. Wtedy z mieszkania na parterze wyszedł pan Mietek z grabiami.
– Jak tam, pani ładna? – zaszeleścił ustami nagarniając złoto z chodnika. Nie zdążyłam mrugnąć. Pan Mietek podniósł grabie ciupinę za wysoko. Przekleństwo dopowiedzeń. Dym zdusił szelest. Liść dawno spadł.