Wyszłam z pracy na obcasach i w cieniutkich rajstopach, które uciskały te miejsca, które powinny zostać uciśnięte. Spódnica opinała się ciasno i swędziała od kołnierzyka szyja. Szłam krokiem powolnym, było piątkowe popołudnie i światło podkreślało krawędzie. Drzew nie było po drodze wiele. Przy pierwszym rozpięłam kołnierzyk. Przy drugim zsunęłam spódnicę. Szłam wzdłuż ulicy palcami obrywając białe guziki i paznokciami drąc na udach rajstopy. Obcasy porzuciłam na wysokości trzeciego drzewa. Przy czwartym zdjęłam majtki. Obtarłam łydki, brzuch i uda, a gdy się już wspięłam się na drzewo wyrzygałam resztki jabłka. Adam odbierze dzieci z przedszkola. Ja się dzisiaj spóźnię.