To pół przylegało niesymetrycznie. Już dawno przesunęło się czarnym półokręgiem. Najpierw na kole pojawiła się rysa. Od wnętrza przybiegała zygzakiem do krawędzi i czarny półksiężyc odsunął się. Mógłby odsunąć się w różne miejsca. Przed nim otwarte stały czarne przestrzenie. Mógłby się po nich wznieść, mógłby dryfować, dać się zepchnąć do narożnika, wepchnąć w kąt jakiejś sile, jednej czy drugiej. Mógłby dążyć, zdążyć, spóźnić się. Zniknąć też. I mógłby spaść. Niech tam. Niech będzie, że nawet na Ziemię. Albo prawie. Na parapet mógłby, gdzie leżałby w ciszy kontemplując stan zawieszenia pomiędzy niebem a chodnikiem. Mógłby spaść na sposób pozytywistyczny. Zostać czarnym dachem chroniącym przed słońcem lub deszczem. Mógłby wpasować się w życie biologiczne planety i zająć miejsce czarnego kapelusza na odnodze grzybni. Zamiast tego opadł półkolistym obcasem tuż pod moją stopę. Jedną nogą sięgam teraz Ziemi a drugą księżyca.