Początek świata wcale nie potrzebuje końca. Wiem to, bo słyszę go za oknem. Jeden z robotników nabiera go z wiadra. Ruchy ma pewne, szybkie, dokładne. Szara maź miękko poddaje się szpachli. Rozkłada się płasko na fasadzie budynku. Ale początek świata nie zawiązuje się tam, gdzie podporządkowanie, lecz tam, gdzie samowolne krople cementu odrywają się w locie. Rzucają się na ziemię, przetaczają po niej i dopiero nabierają kształtów. Każdy z nich jest inny, nowy, nieznany i nienazwany. Nie mogę napisać ani o budowie układu oddechowego ani o narządach rozrodczych, nawet o środowisku występowania. Nieusystematyzowane początki chowają się w krzakach, żeby ewoluować bez końca. A nie mówiłam?