I znowu pół człowiek pół jeż znalazł się we wnętrzu nocy. Otworzył oczy i wkroczył w nią czterema łapami wydeptując w mroku tunel. Ten był ani zbyt szeroki ani zbyt wąski, lecz w sam raz, odpowiedni dla niego. Pół człowiek pół jeż wcale nie starał się iść po cichu. Nie potrafiłby inaczej. Nie miał w zwyczaju zwracać na siebie uwagi. To dlatego żyli w tak dobrej komitywie. On wewnątrz a ona wokół niego. Wspólnie tworzyli coś, co było ciche i nienazwane. Wcale nie znaczy to, że było nieokreślone. Warunkiem wzajemnej obecności był brak konturów. Zresztą każda próba ich zarysowania zanikałaby pośród nocy. Bezszelestnie przesuwał się więc w czerni łaskocząc ją kładącymi się pod jej dotykiem igłami. Rano budził się z jej wspomnieniem na pociemniałych końcówkach. Przeczesywał włosy, zasiadał przed lustrem i tak długo operował pęsetką, aż z jeżowych igieł pozostawały tylko dwie, czarne, idealnie skrojone brwi. Pół człowiek pół jeż bez trudu wnosił je w dzień.

Ilustracja: Joan Miro, Litografia VIII, 1972.