Sala była biała, prawie płaska a krzesła w dole czarne. Siedziałam na jednym stopy zanurzając w cieniu. Skąd wzięło się na podłodze światełko, nie wiem. Żarzyło się ciepłą plamką. Należy napisać infantylnie „plamką”, ponieważ było niewielkie. Nie ognisko, żadne płomienie sięgające sufitu i sypiące iskrami dookoła, lecz plamka przeżerająca podłogę i zaglądająca do jej głębi. Także zajrzałam. Pod plamką było ciemno, nie płaskie, lecz pędzące w dół, rozciągające się po nieskończoność. Porwałaby mnie, gdyby nie kobieta, która weszła do sali spóźniona. Stanęła na plamce obcasem i światełko zgasło. Tak mi się najpierw wydało, lecz potem kobieta spojrzała na mnie i w jednym oku świeciła jej plamka. Pod plamką było ciemno.