Dwóch mężczyzn w metrze w wagonie ostatnim. Pierwszy rower ma, niemłody jest i niestary. Pachnie liśćmi i wiosną. Telefon z kieszeni wyjmuje i do przyjaciela dzwoni:
– Cześć. I gdzie jesteś? Dzwonię, żeby ci powiedzieć, że łańcuch po naoliwieniu bardzo ładnie działa. Dziękuję.
Gdy pierwszy mężczyzna wyłącza słuchawkę, drugi wyjmuje swoją. Roweru nie ma. W wieku jest posunięty bardziej. Gdy usta otwiera zapach wina jabłkowego w metrze zawisa:
– Cześć. I gdzie jesteś? – pyta – Dzwonię, żeby ci powiedzieć, że się kurwa takich numerów ze mną nie robi i że cię rozpierdolę.
Słucha człowiek obu mężczyzn w zachwycie, jak niezwykłym darem jest tradycja, której właśnie staje się świadkiem. Polska, Europa Środkowo-Wschodnia, wiek dwudziesty pierwszy, a na ulicach wciąż żywe są zwyczaje dawnej Persji. Starożytny dualizm w czystej postaci w warszawskim metrze ma miejsce. Mazdaizm się dzieje, w którym jeden pasażer Dobremu Panu cześć oddaje a drugi Złemu przekleństwami się kłania. I połączeni są ze sobą trwale, bo nie ma jednego bez drugiego. A nie, przepraszam, jednak nie. Pomyliłam się. Na następnej stacji rowerzysta wysiada