– Pan Edek byłby zadowolony – powiedziała przez telefon mama – żegnali go przecież wszyscy sąsiedzi.
– Dlaczego nie powiedzieliście, że dziś jest pogrzeb? – zapytałam zdziwiona.
– Ewuniu, nie przyszłabyś – odpowiedziała całkiem szczerze mama – przecież widzę, ile masz pracy.
Odłożyłam telefon i usiadłam nad książką o Leonardzie da Vinci. Przygotowuję właśnie zajęcia dla dzieci i miałam zamiar rozpocząć je słowami o najważniejszym przesłaniu Leonarda.
– Całe jego życie wyprzedzające współczesnych – tak chciałam zacząć mówić do dzieci – dowodzi, że należy zwracać uwagę na tych niedostrzeganych, na wykluczonych i na dziwaków, z których inni często się śmieją. Bo ci wariaci świat widzą inaczej niż my. Może właśnie ciekawiej.
Tak chciałam powiedzieć młodzieży. Pouczyć ją, że powinna zobaczyć więcej, że podziwiając Vincenta van Gogha albo Leonarda da Vinci nie powinna ulegać otaczającej ich dziś sławie. Raczej myśleć o ich życiu, zwykle samotnym, otoczonym nie podziwem, lecz śmiechem, bo mieli odwagę być inni.
I wtedy, gdy tak sobie myślałam o pouczaniu dzieci, popatrzyłam na rysunek Leonarda da Vinci. Ten najsłynniejszy, gdy nagi mężczyzna wpisany został w kwadrat i koło. Tylko, że tym razem na rysunku nie widziałam wcale autoportretu Leonarda, lecz pana Edka z ósmego piętra. Jego głowa wystawała poza kartkę. Był bardzo wysoki, szeroki w brzuchu i biodrach. Gdzieś w górze kryła się niewielka głowa. A na niej okulary. Koło pana Edka, wpisany w kwadrat i koło został pies. Zawsze mu towarzyszył, nieuczesany pies na chudych łapach. Widziałam kiedyś, jak pan Edek niósł go, starego i schorowanego bez siły do chodzenia. Stawał z nim w windzie i głową dotykał żarówki. Musiała ogrzewać mu czoło, które pochylał potem przekraczając próg swojego mieszkania.
Byłam w nim kiedyś, w domu pana Edka. Było tam wszystko, począwszy od starych tosterów, które pan Edek sam naprawiał, aż po odlewy zielonej wrony w czarnych okularach. W stanie wojennym pan Edek odlewał figurki z gipsu i malował je farbami. Mnóstwo z tych rzeczy pan Edek przywoził ze Szwecji. Jeździł tam do mamy, która wyemigrowała. Odwiedzał ją i zabierał do Polski ze szwedzkich śmietników wiele przydatnych nam, jego sąsiadom gadżetów. Przez całą zimę tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego drugiego roku jeździłam na nartach w butach narciarskich wyciągniętych ze śmietnika przez pana Edka.
Byłam mu wdzięczna, ale nie lubiłam do niego chodzić. Chodzili koledzy, Bartek i Iza z szóstego, Marcin i Michał z piętra wyżej. Chodził mój tata a dziś się okazało, że przyjaźnili się z nim wszyscy sąsiedzi. Emocjonalny, czasem gwałtowny, ale dobry, życzliwy, niezwykły w swej dziwności, uzdolniony, inny, wykluczony. Jedynie przeze mnie. Przez całe życie trzymałam się od niego z daleka. Nawet ostatnio, gdy już całkiem dorosła zobaczyłam pana Edka pod blokiem rodziców. Taki sam duży mężczyzna wyrastający głową poza krawędź kartki, o twarzy wiecznego chłopca, tylko na czubku całkiem siwy. Minęłam go a on mnie nie poznał, bo nie chciałam, żeby mnie zobaczył.
Mama miała rację. Nie poszłabym na pogrzeb. Leonardo umarł. I to ja go nie zobaczyłam.