Ewa Jałochowska

Historyk sztuki, pisze książki

Page 2 of 99

Okruszek

Pół człowiek pół jeż nie wracał do swoich początków. Nie pielęgnował mitu założycielskiego. Żadnego dnia stworzenia. To znaczy dzień był, tylko pół człowiek pół jeż o nim nie wiedział. Ani, że dzień istnieje, ani że istnieje on sam. Nie. Żle. Przesadziłam. Pół człowiek pół jeż wiedział, że istnieje, ale nie wiedział jak. Dlatego nie mógł wiedzieć, kiedy się zaczął. A on zaczął się przypadkowo. Od błędu. Wielokrotnego potknięcia. Pół człowiek pół jeż jadł nad klawiaturą i wdmuchnął pod klawisz mały okruszek kruchego ciasta. Wdmuchnął przypadkowo, jednak nie bez świadomości okruszka. Okruszek nie pozwoliłby się wykorzystać. Sam rzucił się pod klawiaturę. Tak bardzo chciał lepszego, nowoczesnego życia. Bycie wałkowanym, pieczonym, jedzonym i wydalanym okruszkowi już nie wystarczało. Marzył o nowoczesności. Jednak ukryty pod klawiszem sprowokował błąd. Długi myślnik przestał działać. Zrobił sobie przerwę. Przedłużająca się, lecz niedokonana pauza podzieliła pół człowieka pół jeża. Uwierała go i wrastała niepokojem. Zanim okruszek został odnaleziony, a pauza zakończona, pół człowiek pół jeż był już innym człowiekiem. Jego życie podzieliło się długim myślnikiem, a on najeżony doświadczeniem utknął na zawsze w przerwie. A los okruszka? Ten był przesądzony. Zniszczyło go marzenie.

Przestrzenie

Ludy syberyjskie wierzyły, że szamanem stać się może jedynie człowiek chory. Taki człowiek widzi więcej. Przed takim otwierają się przestrzenie nieznane ludziom zdrowym. W ten sposób właśnie stałam się szamanem. Choroba nie była ciężka, ale wystarczająca. Po niej uświadomiłam sobie istnienie tego, co nieuświadomione, czyli zatok przynosowych. Ich zapalenie skazało mnie na spóźnione odkrywanie anatomii. Zrozumiałam jakież zachwycające bogactwo przestrzeni kryje system kanałów połączonych, których ujściem są dwie skromne dziurki mojego nosa. A skoro już ich istnienie stało się dla mnie jasne, zaczęłam je zwiedzać. Początkowo wchodziłam nieśmiało. Doskwierał mi brak mapy. Starałam się zapamiętywać znaki szczególne. Zadrapania, kępki trawy, przekrzywione w czasie kichnięcia drzewa. Kroki należało stawiać ostrożnie. Podłoże odsłaniało zwodniczą naturę. Raz odsłaniało, a raz bez zwłoki wciągało. Wygrzebywałam się wtedy z nosa z mozołem. Obolała i ściśnięta dawałam sobie kilka dni odpoczynku od poczucia przestrzeni. Potrzeba jej wracała i to z coraz większą mocą. Metro pełne ludzi, przepełnione ulice, sklepy, klaustrofobiczna świadomość kierunku toczenia się świata, ku przepaści, sprawiała, że przestrzenie wewnętrzne wołały głosem, któremu oprzeć się nie byłam w stanie. Wprawdzie widziałam tylko wąskie korytarze, lecz spodziewałam się ich otwarcia. Zabrałam więc do plecaka kilka drobiazgów. Czerwoną włóczkę zawiązałam w supeł u wylotu jaskiń i z kłębkiem zapuściłam się w głąb. Po kilku dniach wspinaczki moje nadzieje spełniły się. Zaglądam w świat niezmierzony. Rozwinęłam cały kłębek, więcej włóczki już nie mam. Zrozumiałam, że wejść oznacza zagubić się, porzucić drogę powrotną. Wchodzę.

Ower

Czuł moc maszyny. Pochodziła z ziemi. Droga nie była łagodna. Narowiła się. Musiał ją ujeżdżać, wbijać w nią opony. Przyduszał je i nie puszczał. Wahanie, słabość, chwila zwątpienia byłaby jego ostatnią. Droga nie pozwoliłaby jechać dalej. Zresztą jego ruch był wynikiem zmagania, powstawał w chwili ich spotkania. Drogi i roweru. Nagle zatrząsł się. Koła straciły pion. Pochylił się. Na chodniku pozostał ślad gumy. Podciągnął do góry. Pochylił na drugą. Na styku poszły iskry. Koleina. Blokada. Brak kontaktu z podłożem. Koła na niebie. Trzask. Przedłużająca się cisza. Podnosił się powoli. O jeździe nie mogło być mowy. Odchodził zawstydzony wygiętą szprychą i zdartym lakierem. Jego płatki usiały płyty chodnika. Rozsypał się. Pogubił litery. Rdzewieje od rosy. Pośmiewisko podwórek. Ower.

5/7/5

Jak kolczyk w uchu
echo rozciąga się na

oddech słowika

Haiku pod niebo:

Czarnoziem słońca,
dżdżownica szczebiocząca
niebieską nogą.

Bywa

Pół człowiek pół jeż bywa. W domu, w przedpokoju, na schodach, na podwórku, na ulicy, w parku, na przystanku, na schodku, w autobusie. Pieszy wtargnął na jezdnię. Kierowca zahamował. Pół człowiek pół jeż uderzył o tylną szybę. Bywa. Też w metrze. Bywa, że lubi być przekorny. Jak wtedy, gdy jest kaktusem.

Centrum Kultury Wilanów

– Wydaje mi się – wypowiadam ostatnie słowa – że Bronisław Piłsudski nie byłby tym kim był, gdyby nie miał tak charyzmatycznego brata. Z Józefem nie mógł rywalizować, bo zawsze przegrywał. Ale potrafił własną słabość, te złe emocje, zazdrość i rozgoryczenie, przerobić na coś dobrego, na wrażliwość i otwartość na drugiego człowieka. Chronił tradycje zagrożonych ludów. Sam miał żonę z plemienia Ajnów i dwójkę dzieci z nią. Dzięki temu, że dostrzegł u siebie słabość, chciał chronić słabszych i potrzebujących.
Milknę. Na ekranie wciąż widać zdjęcie sylwetki Bronisława Piłsudskiego spisującego na zesłaniu teksty gilackich pieśni. Uczestnicy spotkania powoli wstają i wychodzą z sali. Ale jedna z kobiet podchodzi do mnie:
– A wie pani – mówi – co mi się w zeszłym roku przydarzyło? Byłam ze znajomymi w Japonii. Usiedliśmy w restauracji i oczywiście rozmawialiśmy po polsku. I nagle od drugiego stolika wstaje mężczyzna. Zwraca się do nas. I wie pani, co się okazało, wie pani kim on był? – Kobieta zawiesza głos. – Nawet teraz ręce mi się trzęsą, gdy o tym opowiadam. Cała drżę. Był to wnuk Bronisława Piłsudskiego.

Takie rzeczy tylko w Centrum Kultury Wilanów. Jestem wdzięczna za zaproszenie i możliwość spotkania ze wspaniałymi studentkami i studentami Uniwersytetu Trzeciego Wieku i opowiedzenia o książce „W cieniu sławy” i zapomnianych rodzeństwach sławnych Polaków. Dzięki takim słuchaczom dzieje się magia. Za pomoc i opiekę dziękuję nie mniej magicznej Agencji Autorskiej Zetzet.

W cieniu sławy. Zapomniane rodzeństwa sławnych Polaków, Wydawnictwo Muza.

Król jest nagi

Jak zapomnieć tę scenę? Nie da się. Mężczyzna w hotelu szykuje się na spotkanie. Zanim „Randka” przyjdzie, czyli wymarzona blondynka z młodzieńczych lat, mężczyzna masturbuje się. Kończy akurat w chwili, w której kobieta puka do drzwi. On się spieszy. Ona puka. On musi otwierać i nie ma czasu szukać w łazience zagubionych efektów swojej pracy.
– A to co? – pyta dziewczyna. Z czoła przyjaciela zwisa gęsta, mleczna strużka. – Odżywka do włosów?
– Tak – odpowiada on, więc kobieta wciera sobie „odżywkę” w grzywkę. Kosmyk całą randkę sterczy jej zawadiacko.
Podziwiam tę scenę od lat i bezpretensjonalny humor Petera Farrelly, bo to on nakręcił „Sposób na blondynkę”. Od dawna czuję, że w Hollywood prawdę mają w sobie już tylko komedie. Im bardziej obrzydliwa i głupsza, tym ciekawsza ideologicznie i formalnie, bo reżyser głupawych komedii ma więcej wolności niż reżyser filmów pretensjonalnych i nabzdyczonych.
A zatem byłam miłośniczką przewrotności Petera Farrelly. I przyznaję, że jego najnowszy film jest absolutnym komediowym numerem jeden bez precedensu. „Green book”, bo to dzieło sztuki filmowej mam na myśli, jest niczym innym, jak tylko ilustracją baśni Andersena. Zanim wyjaśnię, którą baśń mam na myśli dodam, że „Green book” zachwyca się świat a film otrzymał zdaje się nie jednego, ale kilka Oskarów. Za co, trudno powiedzieć. Farrelly zaplótł w nim kilka opowieści i scenariuszy dawnych przebojów kinowych, takich jak; Wożąc panią Daisy, My Fair Lady, Cyrano de Bergerac. A nawet pojawiają się drobiazgi ściągnięte z „Forresta Gumpa”. Choć gdzieś w tyle głowy reżyser musiał mieć mistrzowskie „Missisipi w ogniu”, Farrelly nie stworzył jednak arcydzieła, lecz kicz w postaci czystej, ideologicznie poprawny, chwilami miły, najbardziej jednak żenujący. A zatem Farrelly arcydzieła nie stworzył, ale w jakimś sensie stworzył. Bo okrutnie zakpił sobie z widza, czyli ze mnie. Z premedytacją. Oszukał system. Shakował widownię, bo ten film jest kpiną z nas. Król jest nagi. To ja już wolę, skoro jest nagi, żeby trzepał kapucyna.

Haiku

chtał tru kot czkiem kro
wie w po trzu wie ny za szo
tka pło gał się nie

Silne kobiety w Ursusie

– Pamiętajcie, że mity są manipulacją. Ten, kto wymyślał opowieści o kobietach, chciał widzieć je w społeczeństwie w określonym miejscu. Dlatego pewne cechy kobiece są w mitach nagradzane a inne karane. Na przykład taka Pandora. Znacie ją?
– Tak – odpowiada piętnastoletni chłopak z końca sali – Ale Pandora nie została za nic ukarana.
– Ona nie została, ale przez nią zostali ukarani wszyscy ludzie. Co Pandora zrobiła?
– Wypuściła z puszki nieszczęścia. – bardzo słusznie tłumaczy ten sam chłopak.
– Ale czemu je wypuściła?
– Bo uległa pokusie – ponownie odpowiada chłopak.
– Uległa pokusie? – zastanawiam się na głos – A czy ona nie była po prostu ciekawa? I czy ciekawość nie jest podstawą wszystkich nauk? Przecież bez ciekawości nic byśmy nie osiągnęli. Ale w mitach kobieca ciekawość jest tępiona. Nie tylko Pandora stała się przez nią przyczyną nieszczęścia. Ewa, która zerwała rajskie jabłko także za ciekawość zapłaciła. Takich kobiet nie chcieli ci, którzy tworzyli mity. Chcieli kobiet posłusznych i wiernych. Ale nie ciekawych.

Dzisiejsze spotkanie ze wspaniałą młodzieżą z Ursusa, poświecone silnym kobietom z mitów i wierzeń, było więcej niż przyjemnością. Jestem szczęśliwa, że się odbyło Zawdzięczam to Bibliotece Publicznej „Niedźwiadek” i Agencji autorskiej Zetzet. Bardzo dziękuję!

« Starsze wpisy Nowsze wpisy »

© 2019 Ewa Jałochowska

Theme by Anders NorenUp ↑

Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial