Ewa Jałochowska

Historyk sztuki, pisze książki

Page 2 of 94

Apokalipsa

Jest rok 1498 i w świetle świecy Albrech Dürer pochyla się nad drewnianym klockiem. W dłoni trzyma rylec. Zaczyna wycinać ostatniego jeźdźca Apokalipsy.
– Ałła! – ze złością odrzuca dłuto, które ugodziło go w rękę. Zlizuje krew z powierzchni skóry.
Świat, w którym Albrecht żyje, zmienił się kilkadziesiąt lat temu. Wynaleziona przez Gutenberga czcionka a więc i grafika, poszerzyły krąg odbiorców zarówno obrazu, jak i pisma. O odkryciu Ameryki przez Kolumba i o obecności na nowej ziemi Indian, mieszkańcy Europy dowiedzą się szybko. Proces raz zaczęty prędko się nie zakończy. Pomimo jednak zmiany świata i wynalazku druku nowe idee będą potrzebowały więcej czasu niż ulotka, żeby się po głowach roznieść i żeby wybrzmieć a ich brzmienie nie zawsze będzie tym dźwiękiem, który stworzyli ich twórcy. Ja na przykład nie mam dobrego słuchu. Nie są dla mnie jasne idee i procesy, które trwają od tak dawna. Ich początków należy szukać w bardzo odległym czasie. I nie mam na myśli tylko Albrechta Dürera, który kończy rycinę przedstawiającą Apokalipsę. Choć i jej wreszcie się doczekaliśmy. Świat zmierza ku samospaleniu, na które dobrowolnie się skazuje. Katastrofa klimatyczna już czeka.
Kiedy to się wszystko zaczęło? Chyba od Indian, ale nie od Indian Kolumba, choć także, lecz od obrazu, który powstał pod koniec osiemnastego wieku. Namalował go Joseph Wright of Derby. Indiańska wdowa patrzy na krwawy zachód słońca, symbol upadku swojego świata. Na co czeka, czego się spodziewa? W jej indiańskich baśniach bóg dwukrotnie palił ziemię.
Patrząc na ten obraz, stworzony przez oświeceniowego angielskiego artystę, pomyślałam po raz pierwszy o romantyzmie jako kontynuacji oświecenia. Romantyzm jako spełnienie idei rozumu, czyli konflikt, którego uczono mnie w szkole, serce kontra rozum, w ogóle nie istnieje. Wiosna Ludów, Adam Mickiewicz, Oskar Kolberg, tworzenie się idei narodu, rewolucje społeczne, wolnościowe i ustrojowe, wszystkie romantyczne zrywy są niczym innym jak wprowadzeniem w czyn myśli Locke’a i Monteskiusza o równości i samostanowieniu człowieka. Myśli te rozchodziły się długo, ale zmieniały świat nieubłaganie. Aż do dziś go zmieniają. Właśnie teraz, w naszych czasach dopełnia się osiemnastowieczne oświecenie. Dopełnia się jednak w sposób przekorny. Wiek rozumu jest przyczyną nadchodzącej apokalipsy. Tak, właśnie tak uważam. Gdyby nie było oświecenia nie byłoby ścieżki rozumu, techniki, fizyki, medycyny. Dziś nikt nie chce chorować a już z pewnością nie chce umierać. Ciasno nam na Ziemi, duszno i brudno a będzie jeszcze brudniej.
Wysoka śmiertelność nie może więc chronić przed przeludnieniem a niewiedza przed zabójczą, jak się okazuje cywilizacją. Apokalipsa sprowokowana przez rozum już dziś razi nas płomieniem globalnego ocieplenia.
Czyli wszystkiemu winny jest wiek rozumu? Jest winny, ale i w nim cała nasza nadzieja. Skoro właśnie teraz w swoich ideach dopełnia się oświecenie, a powstałe narody w nastrojach równościowych obalają elity, razem z nimi obalają też zdobycze rozumu oraz medycyny. Antyszczepionkowcy już działają na rzecz wzrostu śmiertelności i choć brzmi to absurdalnie, w odwrocie od rozumu kryje się nadzieja na przetrwanie ludzkości. Co rozum popsuł, głupota naprawi.
Albrech Dürer chwyta rylec z powrotem i patrzy w przyszłość niepewnie:
– To jak z ostatnim jeźdźcem Apokalipsy? Wycinać go czy nie wycinać?

Reprodukcja: Joseph Wright of Derby, Indiańska wdowa, rok 1785, Derby Art Gallery, Wikipedia, domena publiczna.

„W cieniu sławy” w Dwójce

Na antenie Programu Drugiego Polskiego Radia, w rozmowie z Moniką Pilch, bardzo krótko, ale treściwie opowiadam o książce „W cieniu sławy” i zapomnianych rodzeństwach sławnych Polaków. Bardzo pięknie dziękuję za zaproszenie do audycji!

W cieniu sławy

Dokonało się. Odwrotu nie ma. „W cieniu sławy. Zapomniane rodzeństwa sławnych Polaków”, Wydawnictwo Muza, w księgarniach od dziś. Co złego, to nie ja. Albo właśnie ja. Zrobiłam, co mogłam. Najlepiej jak umiałam. Lepiej nie potrafiłam.

Książkę kupić można w księgarniach a także w internetowym sklepie Wydawnictwa Muza.

Zachwyt

Szukałam Zachwytu wśród ludzi. Niesłusznie. Zachwyt nie jest człowiekiem. Zachwyt jest wyborem. Ma dwie strony jasną i ciemną. Dzień i noc. Wietrzną i bezwietrzną, chmurną i bezchmurną. Wymyślaj dalej jeśli chcesz. Zna deszcz, bezdeszcz, słońce i brak słońca, burzę, pioruny, wyładowanie. Iskry lecą i błyskają w ogniu polana. Zachwyt płonie szybko. Jest delikatny, bo z papieru. Poluzuj sznurek. Na wietrze niech wznosi się ponad ogień. Wypuścić go wysoko, jak inne latawce. Albo Zachwyt wcale nie jest latawcem. Jest ciężkim, metalowym elementem mechanizmu spowalniającego drzwi wejściowe. Bez znaczenia dokąd drzwi prowadzą. Znaczenie ma mechanizm, który chroni je przed trzaskaniem. Metalowy pręt zakończony bolcem łączy się z metalowym prętem zakończonym metalowym otworem i przymocowanym do drzwi. Bolec trzeba wcisnąć w otwór. Na siłę! Mocniej! Zachwyt jest wtedy, gdy bolec nie daje się wcisnąć w otwór.

Chciałabym

Wracam do domu. Jędrek siedzi przy stole i czyta. Siadam przy nim. To nic, że w butach, czapce i szaliku. Nawet nie chce mi się zdejmować kurtki. Stawiam łokcie na stole i zakrywam dłońmi twarz.
– Mówię ci – Gardło mam ściśnięte. Nie potrafię się powstrzymać. – Mówię ci, że chciałabym być inna. Chciałabym umieć udawać, chciałabym, żeby nic po mnie nie było widać. I chciałabym nie być taka naiwna i chciałabym być taką osobą, która umie ukrywać. I chciałabym umieć nie powiedzieć, co myślę.
Na swojej ręce czuję ciepło dłoni syna. Jędrek uśmiecha się:
– Nie chciałabyś.

Zdjęcie: Karol Jałochowski.

W cieniu sławy

A taką fajną okładkę będzie miała moja książka, co jest wielką zasługą cudownej i niezastąpionej redaktorki prowadzącej, Urszuli Lewandowskiej z Wydawnictwa Muza, która natrudziła się nie tylko nad całą książką i ilustracjami, ale i nade mną, za co gorąco dziękuję. Książka w księgarniach od 21 listopada 2018 roku.

„W cieniu sławy. Zapomniane rodzeństwa sławnych Polaków”, Wydawnictwo Muza, 2018.

Haiku

Haiku na stan nieważności/
Haiku na stan nieważkości

Bez niebieskich stóp
ciążenie kwiatów w butach,
głowa do góry.

Piękne słowo demokracja

– Demokracja jest najlepszym sposobem rządzenia. Dzięki niej wszyscy obywatele mają prawo głosu i mogą czuć się równi. Ale i demokracja nie jest sposobem idealnym. Dam wam przykład. Potrzebny jest mi bardzo zły pomysł. Czy ktoś z was taki ma?
Dzieci są zdziwione. Zaczynają wymieniać złe pomysły. Bez śmiałości jednak. Jeden z chłopców podnosi rękę do góry.
– Ja mam! – woła – Zamkniemy panią w szafie.
Wszyscy się śmieją. Dzieci patrzą na mnie i sprawdzają, czy nie będę zła. Nie jestem. Wtedy rękę podnosi dziewczynka:
– Wrzucimy kogoś do studni.
– O, tak. Ten pomysł jest naprawdę zły. – przyznaję – A teraz wyobraźcie sobie, że większość go przegłosowuje.
– Nigdy! – krzyczą do mnie dzieci – nie będziemy za tym głosować!
– A gdyby ktoś rozdał wyborcom pieniądze, żeby zagłosowali na taki zły pomysł? – pytam.
Jeden z chłopców zrywa się z miejsca.
– Nigdy bym ich nie wziął!
– To ci się bardzo chwali. Ale gdyby inni je wzięli i go przegłosowali? Co wtedy?
Zapada cisza. Dzieci nie wiedzą, co powiedzieć. Wreszcie odzywa się ten sam chłopiec:
– Krzyczałbym głośno, że się nie zgadzam.
– I dobrze byś zrobił. – mówię – Bo, żeby demokracja była uczciwa i działała, wszyscy musimy w niej uczestniczyć. Demokracja to rządy wspólnoty. Wszyscy jesteśmy jej częścią i wszyscy musimy o nią dbać.

Wczoraj miałam nie tylko zaszczyt, ale i gigantyczną frajdę poprowadzić warsztaty dla dzieci klas szóstych w Bibliotece w Czerwionce, a także warsztaty w Bibliotece w Rybniku, dla laureatów konkursu plastycznego z okazji 100-lecia odzyskania Niepodległości. Ja opowiedziałam dzieciom o historii demokracji i o tym, czemu demokracja jest słowem pięknym, ale trudnym zarazem. A dzieci opracowały ze mną dwa projekty konstytucji, które sprawiają, że wszyscy obywatele czują się równi a ojczyzna zadbana.
Bibliotece w Rybniku i Bibliotece w Czerwionce gorąco dziękuję za zaproszenie, za życzliwość i opiekę w ciągu całego pięknego i niezapomnianego dnia. A ten dzień był możliwy dzięki wspaniałej Agencji Zetzet. Dziękuję!

Zdjęcie: Rynek w Rybniku.
Autor: Hons084 / Wikimedia Commons

Relacja z warsztatów „Piękne słowo demokracja”. Biblioteka Publiczna, Czerwionka – Leszczyny

Wieczór stulecia

Wieczór stulecia. Święto. Wczoraj. Wracam metrem do domu i zastanawiam się, kto był na Marszu Niepodległości. Widziałam jego uczestników, bo stałam z kontrmanifestacją Obywateli RP. Białą różę, symbol pokojowego protestu i niezgody na ideologię nienawiści, schowałam już do plecaka. Boję się pokazać ją w tłumie. Metro wypełniają ludzie a ja nie wiem, kto z nich był i na jakim marszu. Może obok mnie stoi ktoś, kto, idąc w dwustutysięcznym tłumie, krzyczał do nas, dwustu Obywateli RP, ustawionych w pokojowej kontrdemonstracji z plakatami konstytucji:
– Cała Polska z was się śmieje, komuniści i złodzieje!
Albo:
– O co walczycie, pajace? Pajace, o co walczycie?
Może mężczyźni, którzy stoją przy drzwiach wyjściowych, rzucili w nas jedną z kilkudziesięciu rac. Wprawdzie nie zrobiły nam krzywdy, ale jedynie dzięki refleksowi policji. Może w wagonie obok jedzie mężczyzna, który podszedł dziś do chroniącego nas policjanta i zapytał wskazując na nas:
– To śmieci, dlaczego pan ich broni? Niech pan mnie do nich przepuści. W ciągu minuty zrobię z nimi porządek. Przecież to ja bronię Polski.
A może z boku ociera się o mnie łokciem jeden z grupy nacjonalistów, która oderwała się od marszu i biegła w naszą stronę, ale szczęśliwie nie zdołała przedrzeć się przez kordon policji.
Albo może ktoś z pasażerów, którzy tłoczą się ze mną w metrze, ma w plecaku symbol falangi albo krzyż celtycki, symbol białej rasy. A może nie ma w torbie żadnych symboli nacjonalistycznych ani faszystowskich, ale szedł w Marszu Niepodległości wspólnie z włoskim ruchem Forza Nuova, bo nie przeszkadzała mu obecność zagranicznych faszystów tuż obok. Dopóki to oni hajlują a nie ja, nie ma problemu, myślał. A zresztą wcale ich nie widziałem, byli w innej części marszu, z przodu, z tyłu, więc się nie liczy.
A może w metrze są nie tylko ci, którzy byli na Marszu Niepodległości, ale są też inni. Jak ten w niebieskiej kurtce, mężczyzna, który podszedł do manifestujących Obywateli, żeby powiedzieć, że niedaleko ma mieszkanie, w którym jest toaleta. Jest w nim też kuchnia, więc gdyby ktoś chciał zrobić sobie herbatę albo skorzystać z łazienki, to on serdecznie zaprasza.
Albo jadą też ci, którzy poszli na marsz antyfaszystowski, albo ci, którzy martwili się, dopytywali, czy wszystko w porządku, trzymali kciuki, prosili, żeby na siebie uważać, dzwonili wcześniej, uprzedzali, że to niebezpieczne. Może oni też jadą ze mną metrem?
Wyciągam białą różę i wysiadam na stacji. Jest pusta. Myślę o sobie. Ja ten dzień spędziłam tak, jak chciałam. Zrobiłam to, co sobie zamierzyłam i byłam w miejscu i z ludźmi, z którymi chciałam być. A co z tymi, którzy 11 listopada nie byli na żadnym marszu ani na kontrmanifestacji, ani w kinie, ani nawet na spacerze, bo nie mogli wyjść tego dnia z domu? Co Hindusami, z Arabami, z mieszkającymi w Polsce Afro-Polakami, co z ich dziećmi, które przez cały dzień ukrywały się w domach, bo stały się więźniami polskiego nacjonalizmu, głupoty i nietolerancji? Oni z domu wyjść nie mogli, w polskie Święto Niepodległości, na ulice wypełnione hasłami białej Europy i czystej krwi, bo mogliby z ulic Warszawy tego dnia do domu wcale nie wrócić. O nich myślę.

Przed nami

Jędrek wyłania się ze smogu i mgły. Wraca ze szkoły. Na ustach ma maseczkę, na sercu kotylion.
– O, kotylion – dziwię się. Pamiętam rozmowę sprzed kilku dni, gdy Jędrek niósł do szkoły białe i czerwone kartki.
– Według mnie to całkiem fajne, że będziecie robić kotyliony – mówię wtedy. Ale Jędrek jest znacznie bardziej sceptyczny:
– Będziemy robić, ale ich nie zrobimy. Nasza pani nie potrafi zorganizować lekcji. Będzie dużo mówić, nie pokaże nam jak kotyliony wykonać a potem będzie miała pretensję, że ich nie zrobiliśmy.
Tamtego dnia Jędrek wraca do domu bez kotylionu.
– Mówiłem ci, że tak będzie. Pani tłumaczyła nam, jak zrobić kotylion od końca, więc nikt go nie zrobił, bo nikt nic nie zrozumiał.
W głowie brzmią mi jeszcze słowa tamtej rozmowy, gdy staje przede mną Jędrek w czarnych spodniach, w białej koszuli i wpiętym w nią biało-czerwonym kotylionem.
– Zrobiłem go w domu wczoraj wieczorem – uśmiecha się niepewnie – ale wiesz, musiałem go wymyślić sam.
Idziemy razem ulicami stolicy. Mijamy dwie kobiety z krzesłem. Młodsza je przytrzymuje, podczas, gdy starsza, stojąc na nim, stara się umieścić biało-czerwoną flagę w metalowym uchwycie nad drzwiami. Pnie się w górę z mozołem, staje na palcach i wyciąga ramię. Odwracamy się, żeby sprawdzić, czy jej się wreszcie udało. Za nami sto lat. Przed nami widać niewiele. Tylko smog i mgła.

« Starsze wpisy Nowsze wpisy »

© 2018 Ewa Jałochowska

Theme by Anders NorenUp ↑

Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial