Czuł moc maszyny. Pochodziła z ziemi. Droga nie była łagodna. Narowiła się. Musiał ją ujeżdżać, wbijać w nią opony. Przyduszał je i nie puszczał. Wahanie, słabość, chwila zwątpienia byłaby jego ostatnią. Droga nie pozwoliłaby jechać dalej. Zresztą jego ruch był wynikiem zmagania, powstawał w chwili ich spotkania. Drogi i roweru. Nagle zatrząsł się. Koła straciły pion. Pochylił się. Na chodniku pozostał ślad gumy. Podciągnął do góry. Pochylił na drugą. Na styku poszły iskry. Koleina. Blokada. Brak kontaktu z podłożem. Koła na niebie. Trzask. Przedłużająca się cisza. Podnosił się powoli. O jeździe nie mogło być mowy. Odchodził zawstydzony wygiętą szprychą i zdartym lakierem. Jego płatki usiały płyty chodnika. Rozsypał się. Pogubił litery. Rdzewieje od rosy. Pośmiewisko podwórek. Ower.