Żółte krople kapały do zlewu. Olej nie spływał. To znaczy trochę, ale nie za bardzo. Patelnia lśniła od tłustej warstwy i gorący strumień nie potrafił pomóc. Potarłam gąbką wnętrze czarnego koła. Pod okrężnym ruchem zapieniły się krawędzie. Po oleju ślizgała się gąbka. Przycisnęłam mocniej. Jeszcze mocniej, aż wystąpiło tarcie. Zapach oleju wcale nie znikał. Znikała patelnia. W dłoni pozostał mi tylko uchwyt. Bez patelni po co mi uchwyt? Machnęłam gąbką. Trochę zbyt gwałtownie. Z uchwytem wymyłam rękę do samego łokcia. Podniosłam kikut, żeby poprawić na nosie okulary. Zaczęły się zsuwać, podtrzymałam ręką, tą drugą, tą z gąbką. I po okularach. Nosa też już nie ma. Tyle dobrego, że zapach oleju zniknął. Ale z nim wszystko inne. Sama nie wiem. Coś mi się zdaje, że z tym zmywaniem należało poczekać aż obraz wyschnie.