Nie wiem, jak to się stało, ale dziś wprost na ulicę spadły mi z nosa okulary. Pierwszy raz zobaczyłam świat bez nich. Świat bez nich w pierwszej chwili wydawał się magiczny, bo nie miał granic. Na przykład wydawało mi się, że idę po asfaltowej ulicy a to jednak była rzeka, tylko, że nie dostrzegłam różnicy pomiędzy nimi i brnęłam po kostki w wodzie a później po szyję. Gdy utonęłam i woda wyrzuciła mnie na brzeg, rozwiesiłam przemoczone ubranie na łodydze krzaka, ale to wcale nie był krzak, tylko ogień, który spalił mnie razem z ubraniem. Popiół po nas wiatr rozsypał na trawę i zasilił pewne drzewo. Wydawało mi się, że wyrosłam z niego w całkiem mocną gałąź, ale jednak byłam trąbą należącą do słonia. Pojechałam razem z nim aż na Mokotów, bo czemu by nie, skoro nie ma granic. Tylko, że na Mokotowie słoń okazał się głazem narzutowym. Narzucił mi się z siłą przytłaczającą. Zrobiłam się pod nim taka cienka, że prawie mnie wcale nie było. Wypełzłam spod niego pod postacią cienia, dopiero, gdy zaszło słońce. Ale wtedy mrokiem mogłam otulić już pół Ziemi, czyli pół wszystkich pustych okien na całej. Dzięki temu odnalazłam te dwa, najbardziej puste, moje okulary.
– Świata poza Tobą nie widzimy. – powiedziały, gdy wreszcie otworzyłam oczy.
– A ja poza wami.

Ilustracja: Jan Młodożeniec.