Po co ja tu weszłam? Stałam na progu sklepu i nie mogłam sobie przypomnieć. I to właśnie jest starość, pomyślałam i wtedy sobie przypomniałam. Przyszłam po krem pod oczy, po krem na starość. Bo ona zaczęła się dziś. To znaczy zaczęła się wcześniej, ale ja jej nie widziałam. Przykrywały ją oprawki. Od dziś jednak mam nowe okulary. Znacznie większe, więc dużo przez nie widać. Także to, na co kupiłam krem pod oczy. Mogę to coś zobaczyć, ponieważ szkła są znacznie mocniejsze.
– Była pani u mnie pięć lat temu – sprawdziła okulistka. – a teraz… Teraz tak naprawdę powinna pani nosić dwie pary okularów, jedne do dali i drugie do czytania.
Jęknęłam, co nie umknęło uwadze pani doktor.
– Ale może uda się jeszcze po raz ostatni – w lot złapała niewypowiedzianą przeze mnie myśl – dobrać szkła pomiędzy, żeby były i na jedno, i na drugie.
I udało się. Odebrałam więc dziś nowe okulary, takie, żeby można było w nich i chodzić po ulicy, i czytać jednocześnie. Założyłam i dopiero zrozumiałam, że niezupełnie się udało, ponieważ nie mogło się udać. Moje nowe okulary stanowiły kompromis a raczej kładkę pomiędzy młodością a starością. Już nie młodość, jeszcze nie starość, ale coś pomiędzy. Schody wyjściowe z metra zrobiły się wielkie, monumentalne wręcz. Sztachety w płocie garnęły się do mnie odsłaniając rdzawe rany. Wrzosy w doniczkach żonglowały fioletowymi kulkami. Oto symbol starości, pomyślałam gorzko o nowym nabytku, ponieważ widziałam w nim tylko te rzeczy, które były blisko a reszta tonęła we mgle. Ale im dłużej nosiłam je, tym bardziej się upewniałam się, że się mylę, że one wcale nie są złym symbolem, lecz symbolem czegoś dobrego. Kto by się tam martwił tym rozmazanym i niepewnym, co daleko przed nami, skoro tu i teraz jest takie wyraźne a przez to piękne. Mam nowe okulary szczęścia a najfajniejsze jest to, że ono się wcale ze starością nie wyklucza.